Jutro o tej samej porze

Już kilka dni przed pierwszą niedzielą adwentu powtarzałam w myślach znane mi adwentowe pieśni, żeby w pełnej gotowości zameldować się na roratach i móc na całe gardło śpiewać „Rorate coeli”.


Z mamą zastanawiałam się, czy organista znowu zaśpiewa tylko dwie zwrotki mojej ulubionej pieśni „Archanioł Boży Gabriel”, kończąc słowami „nic nie rzekła aniołowi”, które w głowach nieco uważniej słuchających wiernych wywołują mały logiczny dysonans. Tym bardziej, że Matka Boża i jej „fiat” często stanowią motyw przewodni adwentowych homilii. Niby ciągle mówi się o dwóch wymiarach adwentu: oczekiwaniu na Paruzję, czyli powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów i przygotowaniu do pamiątki przyjścia Zbawiciela w tajemnicy Wcielenia. Mimo to odnoszę wrażenie, że aspekty eschatologiczne schodzą na dalszy plan, przesłonione figurkami Dzieciątka schodzącego po kolejnych stopniach do żłóbka, kiermaszami świątecznymi i całym tym okołobożonarodzeniowym zamieszaniem, w które – chcąc, nie chcąc – jesteśmy uwikłani. Ale czy naprawdę to Boże Narodzenie numer (tu należy wstawić swój wiek) powinno nas tak bardzo zajmować? 

W czasie ostatniej w tym roku liturgicznym mszy świętej uderzyły mnie słowa z Apokalipsy św. Jana (Ap 22,7): „A oto niebawem przyjdę”. A w Ewangelii Jezus przestrzegał: „Czuwajcie wiec i módlcie się w każdym czasie, byście mogli stanąć przed Synem Człowieczym” (Łk 21,36). I wtedy w mojej głowie przestawiła się jakaś zwrotnica. Taka dobra zmiana. To jest to! "Przyjdę. Niebawem. Może nawet dziś albo za sto tysięcy lat". Wszak Bóg liczy czas nieco inaczej niż człowiek. Ale On chce, żeby na Niego czekać, żeby za Nim tęsknić, żeby wypatrywać nadejścia Jego królestwa.

Koniec świata można rozpatrywać w dwóch kontekstach: własnej śmierci, po której każdy staje przed Bogiem twarzą w twarz, i Paruzji. Oba te wydarzenia łączą się z sądem, jaki Chrystus obędzie nad każdym z osobna, a także nad całą ludzkością. I ta wizja przeraża wielu chrześcijan na tyle, że gotowi byliby modlić się „przyjdź królestwo Twoje, ale jeszcze nie teraz”. Świadomość własnej grzeszności i możliwości wiecznego potępienia wiąże się ze strachem. Joseph Ratzinger ujmuje ten problem we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” następująco: „Artykuł wiary o sądzie mówi nam o tym, że o nasze życie ktoś nas zapyta i niepodobna będzie tego pytania nie dosłyszeć. Nic i nikt nie upoważnia nas do tego, by lekceważyć sobie niezmierną powagę tkwiącą w takiej świadomości. Wskazuje ona, że życie nasze jest sprawą poważną i właśnie przez to nadaje mu godność”. Jednak nie można zapominać, że Jezus nie przyjdzie zrobić wielkiego spektaklu z wypełnieniem apokaliptycznych wizji, by udowodnić wszystkim, że On faktycznie jest Bogiem. Potem ci „dobrzy” pójdą potem do nieba, a ci „źli” – do piekła. Ratzinger pisze dalej we „Wprowadzeniu”: „Sędzia stanie przed nami nie jako ktoś zupełnie obcy, tylko jeden z nas, kto wie, co znaczy być człowiekiem, kto żył i cierpiał jako człowiek”.

Nikt nie wie, kiedy i jak to nastąpi. Gotowym trzeba być w każdej chwili. Co to znaczy być gotowym? To znaczy być w stanie łaski uświęcającej. To znaczy żyć tak, by myśl o spotkaniu z Bogiem twarzą w twarz napawała raczej radością niż lękiem. Strachu najprawdopodobniej nie da się pozbyć, w końcu ponoć tylko psychopaci się nie boją. Ale świadomość, że udało się zrobić z własnego życia to, co tylko się dało zrobić najlepszego, powinna pozwolić człowiekowi w pokoju oczekiwać wyznaczonego dnia.

Joseph Ratzinger genialnie ujął to we wspomnianym „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo”, pisząc: „W tym dniu trwogi chrześcijanin będzie mógł w szczęsnym zdumieniu spostrzec, że Ten, któremu została dana »wszelka władza w niebie i na ziemi« (Mt 28, 18) był przez wiarę towarzyszem drogi za jego dni ziemskich; i wydaje się, jakby już teraz przez słowa symbolu wkładał na niego ręce i mówił: »Przestań się lękać! Ja jestem«”. Autentyczna relacja z Chrystusem jest zatem gwarancją, że Paruzja będzie początkiem bezkresnego szczęścia, do którego wchodzi się przez ciasną bramę.

Na koniec moich eschatologicznych dywagacji przypomniały mi się jeszcze słowa o. Jana Góry OP: „Przyjdź, Panie, przyjdź nareszcie, jak przyszedłeś już kiedyś. A co dzień nowy wschód słońca niech Ciebie nam zapowiada”. I po mszy wsiadłam do metra z postanowieniem, że jutro o tej samej porze też będę świadomie czekać na Niego. I pojutrze również. I tak aż do końca świata, albo mojego własnego.

Author: Małgorzata Różycka

Studentka medycyny na berlińskiej Charite. Pasjonatka żeglarstwa i podróży tam, gdzie oczy (i nogi) poniosą.

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *