Kicz Bożego Narodzenia

Wszelkie okresy kościelne, takie jak adwent, czy Boże Narodzenie to okresy liturgiczne. Pozornie, oczywistość o której dziwnie wspominać. Ale praktyka pokazuje co innego. Bo skoro to okresy liturgiczne, to właśnie liturgia powinna ustawiać wszystko, czym wtedy Kościół żyje. Sacrum powinno przemieniać – uświęcać – profanum, naszą codzienność. Sami widzimy, że w drugą stronę mogłyby to przynieść nienajlepsze rezultaty.


Truizmem byłoby również stwierdzenie o narastającej komercjalizacji świąt. Jest to tak oczywiste, że niezauważany, gdy „magia tych dni” przekracza kolejne granice. Około świąteczny kicz szturmuje rokrocznie drzwi świątyń i serc. Mamy z tym co prawda do czynienia przy każdej, zawierającej marketingowy potencjał, okazji (np. Nowy Rok, Walentynki, dzień kobiet itp.), w przypadku jednak Bożego Narodzenia następuje istne nałożenie kiczo-gennych czynników: komercjalizacji, nie bardzo już rozumianych tradycji ludowych, mityczne wyobrażenie sielskości świąt z okresu dzieciństwa.

Kicz jest dla liturgii rakiem. Nowotworem. Kicz bowiem niesie ze sobą niską jakość artystyczną. Estetycznie może się wydawać poprawny, na swój sposób nawet uroczy (jak bajki dla małych dzieci – na marginesie, cóż za krzywdę wyrządzamy umysłom kolejnych pokoleń, od wczesnych lat faszerując je estetycznym badziewiem?), z definicji wręcz większości się podoba i w tym właśnie polega jego zagrożenie. Kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia, uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym "złym guście", ale przede wszystkim jest to "sztuka szczęścia" – "raj dla mało wymagających". To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki (Abraham Moles).

Dosadniej niebezpieczeństwo kiczu wyraził Hermann Broch: „istotą kiczu jest mylenie kategorii etycznej z estetyczną, kicz chce działać pięknie, a nie dobrze – zależy mu na pięknym efekcie", "kicz nie jest złą sztuką, lecz sztuką nie jest i tworzy własny system odniesień", "kicz powstaje na skutek rezygnacji z prawdy na rzecz piękna". I o ile w sferze sztuki, czy – szerzej ujmując – kultury, można jakoś zasadność funkcjonowania kiczu dowieść, o tyle w przypadku liturgii powoduje to rozminięcie się z istotą.   

ZROZUMIEĆ LITURGIĘ

Liturgia zrodziła się z wcielenia, z przyjęcia ludzkiego ciała przez odwieczny Logos. W ten sposób ograniczonej przez cielesność ludzkości Bóg przekazał w sposób najpełniejszy prawdę o sobie jako Bogu oraz o swojej relacji do człowieka. I choć to ofiara krzyżowa Chrystusa jest tym momentem historii zbawienia, który uobecnia się w trakcie każdej liturgii, szczególnie eucharystycznej, to jednak początek tego przenikania bierze się właśnie z tajemnicy wcielenia. Stąd tak wysoka ranga Uroczystości Bożego Narodzenia w kalendarzu liturgicznym.

Rzeczywistość nadprzyrodzoną wyraża liturgia poprzez znaki, nieraz bardzo subtelne, jak np. wrzucenie kawałka konsekrowanej hostii do kielicha w trakcie śpiewu Baranku Boży. Kościół uczy, że znaki te są skuteczne, to znaczy sprawiają to, co oznaczają. Nie chodzi tu jednak o jakiś automatyzm, rodzaj magii, gdzie skuteczność zapewniona ma być przez właściwe zespolenie odpowiedniej formuły i dokładnie wykonanego gestu. Soborowa Konstytucja o Liturgii Świętej mówi, że w liturgii, poprzez widzialne znaki wyraża się i w sposób właściwy dla danych znaków dokonuje uświęcenie człowieka.  (Sacrosanctum Consilium, I, 7)

Bóg jednak do działania potrzebuje naszej zgody i współpracy. Dlatego, aby liturgia rzeczywiście przemieniała nasze życie, musimy wiedzieć, co, jak i dlaczego się odbywa. Musimy widzieć i rozumieć znaki – narzędzie, jakim Bóg w tym wydarzeniu działa. Znaczenie tych znaków (materialnych jak np. świece, szaty czy osobowych, np. kapłan, oraz gestów) jest precyzyjnie przez Kościół określone. Oczywiście, nikt nie rodzi się z pełną wiedzą na temat symboli liturgicznych. Zrozumienia nabieramy, czy raczej powinniśmy nabrać na drodze rozwoju życia duchowego, poprzez z jednej strony katechezę, ale z drugiej przez sam udział w liturgii, gdzie piękno znaków, opatrzone wyjaśnieniem zawartym w homilii ukazuje nam i dokonuje w nas przemiany. „Najlepszą katechezą o Eucharystii, jest sama Eucharystia DOBRZE CELEBROWANA” (Benedykt XVI, wyr. aut.).

W POSZUKIWANIU PIĘKNA

Współcześnie, szczególnie przy okazji większych świąt, mamy do czynienia nie z uczestnikami, a z widzami liturgii. Szczególnie pasterka gromadzi dużo osób tylko z powodu tradycji. Ale i na co dzień dostrzegamy ten problem, że uczestnicy liturgii w niej nie uczestniczą, będąc bardziej widzami, niż zaangażowanymi „współ-ofiarnikami”. Tym, co może przełamać postawę obserwatora jest piękno, którego każdy człowiek jest głodny, a które może w liturgii odnaleźć.

Jest to trudne o tyle, że bardzo błędnie piękno liturgii pojmujemy. Gdy śpiewem na Mszy zajmuje się utytułowany chór polifoniczny, ołtarz i wszystko w prezbiterium, łącznie z zębami księdza są w całości ze złota, a sam kościół wycięty z jednej bryły marmuru przetykanej brylantami, no to wtedy widzimy że jest pięknie. Co innego, gdy Mszę odprawia stareńki dziadunio, w dusznej, rozpadającej się kaplicy w Bieszczadach. Tak sprawiając sprawę, pod pojęcie piękna podstawiamy wspomniany wcześniej kicz.

Kościół mówiąc o pięknie posługuje się terminologią wypracowaną przez Platona (sic! Tego poganina), którego dorobek „ochrzcił” św. Augustyn. Ujmując rzecz w olbrzymim skrócie, piękno estetyczne jest zalążkiem, a jednocześnie wyrazem piękna etycznego. Dlatego liturgia – źródło i szczyt życia chrześcijańskiego, uobecniające zbawczą śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa (czyn w najwyższym stopniu dobry) – jest piękna. Nawet gdy tego nie widać.

GDZIE TEN KICZ

Nie zwalania to jednak nikogo z rezygnowania z owej katechezy liturgicznej, jaką stanowi dobrze celebrowana Eucharystia. Z zacieraniem znaczenia znaków liturgicznych mamy jednak do czynienia od samego początku roku kościelnego. Jedną kwestią jest adwent, gdzie w praktyce duszpasterskiej do rangi najważniejszej uroczystości urasta wspomnienie św. Mikołaja, a roraty odprawia się z reguły wieczorem, żeby dzieci przyszły.

Sama natomiast tradycja ludowa, z zasady dość średnio rozumiejąca znaczenie teologiczne obchodzonych wydarzeń, również zamazuje istotę Bożego Narodzenia. Ludowa wrażliwość, która posiada oczywiście pewną wartość, skupia się w tym wypadku na „Jezusku”, któremu źle, zimno i biednie, i którego musimy ogrzać i pocieszyć. W ckliwym pochyleniu nad żłóbkiem umyka nam wymiar kenozy Chrystusa (uniżania, jakim dla Drugiej osoby Bożej było przyjęcie ludzkiej natury), powodowanej miłością Boga do nas.

Zacieramy również symbolikę wydarzeń. Narodziny poza miastem, poza gospodą są przestrogą, że Boga można przyjąć niejako w odosobnieniu, „poza obozem”, gdzie wychodzący z niewoli egipskiej Żydzi rozbili Namiot Spotkania (Wj 33), o czym również przypomni sam Chrystus, wzywając, by na czas modlitwy ”wejść do swojej izdebki”. Z kolei złożenie Nowonarodzonego, powodowane co prawda ubogimi warunkami, jest jednak proroctwem. Zapowiedzią, że Ciało Chrystusa będzie odtąd dla nas pokarmem.

GOŚĆ NIE W PORĘ

Destrukcja religijnego wymiaru świąt przez kulturę masową, jest – zdawałoby się – dla każdego wierzącego oczywista. Nawet najbardziej „magiczne święta”, kilka dni w roku, „bardzo ciepłych, choć grudniowych”, nie są w stanie dokonać w człowieku żadnej przemiany. Świadectwem rozminięcia się z Przychodzącym będzie westchnięcie: „święta, święta i po świętach”.

Liturgia zmierza do wypełnienia pustki. Jeśli nawet, tak jak trzej mędrcy, po spotkaniu będziemy musieli wrócić do swojej ojczyzny, wrócimy inną drogą. Zwróćmy również uwagę, że katolickie święta Bożego Narodzenia nie kończą się wraz ze zniknięciem ostatnich kawałków karpia, czy ze zmianą dekoracji w galeriach handlowych. Świętowanie narodzin Jezusa nie sprowadza się tylko do wigilii i odwiedzin rodziny następnego dnia. Kościół przez cały następny tydzień (oktawę) będzie mówił: „Dziś narodził się Chrystus”. Okres Bożego Narodzenia trwać będzie z kolei aż do Niedzieli Chrztu Pańskiego (pierwsza niedziela po 6 stycznia).

Jeśli jednak ktoś ubrał choinkę na początku grudnia, a zanim zaczęły święta odbył już kilkanaście wigilii (klasowe, ze wspólnoty, w harcerstwie, zakładzie pracy itp. itd.), gdy Kościół zacznie święta na dobre, tego zaprzątnie sylwester. Rozminięcie się z kalendarzem liturgicznym jest więc symptomem rozminięcia się z przychodzącym Chrystusem. Przybycie w stroju kowboja na imprezę, której głównym motywem jest orient – na tym mniej więcej polega kicz Bożego Narodzenia.

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *