Kryzys sprzyja autorytetom

Autorytety w historii odgrywały znaczącą rolę. Dla Polaków takim przewodnikiem w trudnych czasach jest św. Jan Paweł II. O tym, czy właściwie rozumiemy jego rolę w dziejach Polski oraz o tym, w jaki sposób rozwijały się społeczeństwa dzięki autorytetom rozmawiam z dr. Markiem Lasotą, dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej i wykładowcą akademickim.


P. Zemełka: Jakie zagrożenia wynikają z poszukiwania własnego autorytetu?

Dr Marek Lasota: Bardzo często jest tak, że odwołujemy się do jakiegoś autorytetu czy to nauki, czy jakiegoś doktora, naukowca i przyjmujemy bezkrytycznie to, co zostało wcześniej ustalone, nie patrząc przy tym, że dana osoba mogła się wcześniej zwyczajnie pomylić albo, że nie jest to wcale zgodne z naszymi przekonaniami. Dlaczego? Bo jest to autorytet ogólnie uznany, więc skoro inni mu wierzą, to z jakiego powodu my mielibyśmy wątpić? Ja osobiście najbardziej boję się ludzi tzw. jednej książki. Czyli osób, które w całym swoim życiu przeczytały jedną książką, nie ważne jak wartościową. Istotne jest to, że zostali nią wręcz zauroczeni. Tych ludzi urzekła treść takiej książki i przyjęli to absolutnie odrzucając wszystko inne oraz traktując jako wrogie, wszystko to, co w istocie chce zburzyć ich sposób postrzegania świata.

P. Z.: Skutki takiego podejścia mogą być opłakane.

Dr M. L.: Wystarczy spojrzeć na karty historii i cofnąć się do XX wieku. Mieliśmy przecież Hitlera, Stalina. Osoby, które uwierzyły w słowa Hitlera były przeciętnymi ludźmi, którzy nie studiowali filozofii czy innych nauk. W momencie gdy pojawił się człowiek, od którego usłyszeli to, co chcieli usłyszeć zaufali mu bezgranicznie i poszli za nim, nie myśląc o tym jakie mogą być tego konsekwencje. Dla nich istotne było to, co im obiecał i fakt, że mówił w sposób prosty i przekonujący. I dokładnie na tym mechanizmie opierają się sekty, gdzie jest przywódca, wyjaśniający w prosty sposób tajemnice świata. Dlatego też ludzie będą wierzyć w kosmitów, globalny spisek, czy inne tego typu teorie.

P. Z.: Hitler i Stalin to przykłady autorytetów negatywnych, ale jak rozumiem pozytywne jednostki również były.

Dr M. L.: W czasach mojego pokolenia, czyli w latach osiemdziesiątych, kiedy rzeczywistość komunistyczna ewidentnie ulegała erozji zaczęto stawiać sobie pytania jak przyspieszyć ten proces, jak przyczynić się od szybszego odzyskania przez Polskę niepodległości. Były oczywiście różne postawy. Jedyni woleli chwycić za karabin, a inni szukali bardziej łagodnych rozwiązań. W ten sposób często przywoływanym autorytetem stał się Ghandi, który zasłynął m.in. z idei biernego oporu, która przyczyniła się do wyprowadzenia Indii z epoki kolonialnej. Sama idea sprowadzała się do porzucenia przemocy dzięki czemu nie prowokowano drugiej strony do jej stosowania. Jest to obraz uproszczony, bo były przypadki kiedy ta przemoc ze strony Brytyjczyków się pojawiała, niemniej jednak ta postawa ostatecznie zwieńczona została sukcesem. Dlatego też dla wielu Polaków była to postawa wzorowa, którą oczywiści spora część społeczeństwa odrzuciła twierdząc: no dobrze, im się udało, ale oni walczyli z cywilizowanym przeciwnikiem jakim byli Anglicy a my z kolei mamy do czynienia z barbarzyńcami.

P. Z.: A co z Janem Pawłem II? To jego często podaje się jako przykład autorytetu, zwłaszcza tego, występującego przeciwko ideologii komunizmu.

Dr M. L.: Oczywiście dla wielu Jan Paweł II był niezwykłym autorytetem, jednak patrząc na to jak społeczeństwo Polskie traktowało papieża, muszę powiedzieć, że w większości nie byliśmy wstanie dostrzec w nim tego autorytetu.

P. Z.: Mówiąc o autorytecie papieża często przywołuje się jego wizyty w jeszcze komunistycznej Polsce, które przyczyniły się do upadku komunizmu.

Dr M. L.: Tak, ale chodzi mi teraz o coś zupełnie innego. My wspominany i pamiętamy doskonale o kolejnych jego pielgrzymkach, ale nie łączymy ich w pewien łańcuch przyczynowo-skutkowy. To, o czym Pan mówi i o czym mówi co przytomniejszy historyk, to są wydarzenia nie do przecenienia. Mówimy o nich bardzo wiele, ale zapominamy albo gdzieś w cień schodzą skutki tych wszystkich przyjazdów papieża do ojczyzny. Podczas zgromadzeń na pielgrzymkach ludzie zobaczyli, że razem stanowią ogromną siłę wobec której całe zło staje się bezradne. Tylko czy my to tak naprawdę szczerze i w pełni świadomie łączymy z osobą Jana Pawła II? Czy przeciętny Kowalski jest w stanie powiedzieć, ze właśnie ten konkretny człowiek, czyli Jan Paweł II, nie tylko przez sam fakt, że się w Polsce pojawił, że zgromadził te tłumy, ale że powiedział coś istotnego do tego tłumu, że to wszystko uruchomiło takie mechanizmy których dziś jesteśmy beneficjentami? Szczerze w to wątpię.

P. Z.: Z czego więc wynika problem niepełnego zrozumienia postawy Jana Pawła II?

Dr M. L.: Jako Polacy niestety jesteśmy skłonni do uniesień, których potrzebujemy. Jesteśmy narodem, który chciałby doczekać się jakiegoś wielkiego sukcesu. Oczywiście mamy do tego prawo. Przez ostatnie 300 lat naszej historii jakiś większych sukcesów nie było, które bylibyśmy skłonni zaakceptować i bezspornie orzec, że to sukces. Do tego często widzimy sukces w jednym spektakularnym wydarzeniu i nie jesteśmy w stanie docenić konsekwencji tego danego wydarzenia, długofalowych dalszych zdarzeń. Świetnym przykładem jest zwycięstwo pod Grunwaldem, którym tak bardzo się fascynujemy. Ale co nam przyszło z tej bitwy skoro przegraliśmy w gruncie rzeczy wojnę? To jest taki syndrom Małysza. Cały naród zastyga przed TV, bo facet skacze na nartach. No i skoczył, został tym mistrzem. I w tym całym wydarzeniu wyrażamy całą naszą narodową dumę, zapominając o tym, że z tego kompletnie nic nie wynika. Co z tego, że skoczył? No nic. On odniósł oczywiście sukces i należy mu się szacunek. Jest wybitnym sportowcem, a ten sukces jest wynikiem jego talentu i ciężkiej pracy. Ale dla nas, jako dla społeczności kompletnie nic z tego nie wynika. Bo wiadomo, że on za chwile skończy karierę, bo się zestarzeje. Może to jest nadużycie, ale myśmy tak traktowali Jana Pawła II, jak przyjeżdżał na pielgrzymki.

P. Z.: Więc jest to wina ze strony ludzi.

Dr M. L.: Być może też wina tych, którzy nasze społeczeństwo prowadzą. To jest piękne budować kolejne pomniki, stosować piękne formułki i hasła, ale to jest za mało. Jan Paweł II był wybitną jednostką, ale społeczeństwo w zbyt małym stopniu rozumie znaczenie tego autorytetu. Wracając jeszcze do pielgrzymek, ludziom brakuje tu objaśnienia jak on to zrobił. My stwierdzamy jedynie sam fakt, to się stało dzięki niemu. Ale jeśli chcemy budować na jego autorytecie naszą wizję postrzegania świata, to nie wystarczy nam znać przykłady jego dokonań, ale musimy wiedzieć jak do tego doszedł. Do tego potrzebne jest dokładne wczytanie się w jego słowa, w jego dzieła i zrozumienie tego, co miał nam do powiedzenia.

P. Z.: Może świadczyć o tym jakieś konkretne wydarzenie? O tym, że Polacy nie potrafili docenić autorytetu papieża?

Dr M. L.: Pamiętam taką scenkę kiedy Jan Paweł II, odwołując się do tego się wydarzyło w Nowym Jorku mówił o rzeczach tragicznych, mówił o dramacie który dotknął świat, mówił o nowej erze w dziejach świata. Miał też perspektywę odnośnie tego zjawiska i tego co się wtedy działo. Oczywiście na środowe audiencje, czy na niedzielne, kiedy jest Anioł Pański, przyjeżdżają tłumy Polaków. I co robią nasi rodacy w tym czasie? Śpiewają „Sto lat” czy też „Góralu czy Ci nie żal”. Myśmy się zachowywali tak, jakby On był naszą własnością. Ja śmiem twierdzić, że myśmy w ten sposób nieco burzyli autorytet papieża w oczach świata. Jaka zresztą była reakcja papieża na to? Uderzył o pulpit pięścią i krzyknął „Cicho!”. On się zirytował. Tutaj przypominają mi się słowa pewnego francuskiego dziennikarza, który powiedział mi, że Polacy kochają papieża, ale go nie słuchają. I było w ty niestety sporo prawdy. Myśmy się napawali samym faktem adoracji, że to my adorujemy. My to robimy najlepiej, bo my go kochamy. A co on tam gada, to nie ważne. I to jest dramat autorytetu, bo człowiek, który jest faktycznym autorytetem i mający do powiedzenia coś istotnego nagle napotyka na wielbiące go tłumy, ale tłumy, które go kompletnie nie rozumieją. Wie Pan jaką to może rodzić frustrację u człowieka który wie znacznie więcej i co więcej chce to przekazać? Nie to, że on trzyma tę tajemnicę, nie. On chce po prostu podzielić się swoją wiedzą.

P. Z.: A jakie ma znacznie istnienie takiego autorytetu w stosunku do rozwoju państwa, społeczeństwa?

Dr M. L.: Żadne społeczeństwo, żadna zbiorowość nie jest wstanie funkcjonować bez autorytetu. Beż odniesienia się do jakiegoś modelu, wzorca.

P. Z.: Dlaczego?

Dr M. L.: Autorytet organizuje społeczność, a także w pewnym sensie pełni rolę wodzowską. Nie podejmuje decyzji, ale jest dla zbiorowości wyznacznikiem, jak mamy myśleć, jak mamy postrzegać rzeczywistość, również co z tego ma wyniknąć dla władzy, która w tej społeczności jest dana czy też wybrana. Człowiek musi się odwołać do czegoś, co jest ponad nim czy to w sensie intelektualnym, duchowym, czy też jakimkolwiek innym. Wynika to z tego, że żaden z nas nie jest wstanie ogarnąć w pełni całej rzeczywistość.

P. Z.: Jak to się ma do rozwoju społeczeństw? Autorytet pomaga, czy staje się hamulcem?

Dr M. L.: Proszę spojrzeć na to, co się działo na przestrzeni wieków XV, XV, XVI, XVII. To jest okres reformacji, kryzysu w Kościele, wystąpienia Lutra. Wiadomo było wtedy, że funkcjonowanie świata doszło do jakiegoś punktu krytycznego. Wszyscy uświadomili sobie, że dalej tak być nie może. I nagle zaczęły pojawiać się autorytety takie jak chociażby Marcin Luter. Jaki był tego efekt? Oczywiście reformacja i rozłam wśród chrześcijan. Ale osobno można było zauważyć niezwykle dynamiczny rozwój społeczeństw protestanckich. Przecież to one zaczęły się bogacić. Dlaczego? Z prostego powodu. Kalwin m.in. twierdził, że oznaką łaski bożej jest powodzenie materialne w życiu doczesnym. Kościół zareagował soborem trydenckim, a wraz z reakcją Rzymu pojawiły się tacy ludzie jak Ignacy Loyola, św. Jan od Krzyża, św. Teresa z Avila, którzy swoją postawą odbierani byli przez wielu jako autorytety. Co istotne, ci ludzie nie pojawili się przypadkowo w tym czasie. Zwykle tak jest, że w sytuacji kryzysu jakiegoś rozpadu świata dotychczasowego nagle pojawiały się takie postaci za którymi społeczeństwo podążało.

P. Z.: Czyli w sytuacjach kryzysowych jest większe prawdopodobieństwo, że pojawi się autorytet.

Dr M. L.: Jest taka teoria, że wszelki postęp na świecie, to jest efekt kolejnych katastrof. Gdyby nie dżuma, to nie nastąpiłby postęp w medycynie. Podobnie jest z autorytetami, ponieważ pojawiają się najczęściej w momentach najtrudniejszych dla społeczeństw. To jest też efekt trochę ekonomiczny popytu i podaży. Kiedy wszyscy jesteśmy bezradni zaczynamy szukać przewodnika, który jest nam potrzebny i okazuje się nagle że on się pojawia. Co więcej on cały czas był, tylko oczywiście nie był do niczego potrzebny. Często jest tak z Panem Bogiem. Dopóki człowiek jest zdrowy, młody, szczęśliwy, to Pan Bóg nie jest mu do niczego potrzebny. Jak trwoga to do Boga – nie przypadkowo takie słynne obiegowe powiedzenie. To samo jest z autorytetami. Dopóki żyjemy w miarę stabilnym świecie, to te autorytety nie są często zauważane.

Author: Piotr Zemełka

Podziel się artykułem na

1 Comment

  1. Nie zdajemy sobie sprawy z tego jak kompleksy potrafią niszczyć nas samych i jak łatwo możemy przekazać je w pakiecie innym ludziom. A skutkami tego są nasze grzechy, zdrady w związkach, zdrada przyjaciół, chorobliwa zazdrość, próżność, zawiść, pycha, złośliwość, to tylko niektóre z nich. Takim zachowaniem bardzo ranimy innych ludzi, stosujemy przemoc nie tylko fizyczną, ale i psychiczną, która może w niektórych sytuacjach przybrać formę znęcania się, a nawet sadyzmu. Nasze kompleksy sprawiają, że usilnie staramy się być kimś lepszym od innych, mądrzejszym, piękniejszym, bardziej wrażliwym moralnie, bardziej wierzącym, nawet bardziej skromnym, jeśli takie zachowanie bywa pożądane przez nasze środowisko, jednym słowem wszystko musi być bardziej. Brak akceptacji sprawia że potrzebujemy publiczności i jej aplauzu, która będzie krzyczeć więcej i więcej. Winnym tego stanu rzeczy są nasi rodzice, którzy nie potrafią z nami rozmawiać, doceniać nas za to jakimi wspaniałymi ludźmi jesteśmy, obarczają nas krytyką, wiecznym niezadowoleniem, i potężnymi wymaganiami. Nie bez przyczyny mówi się, że z rodziną pięknie wychodzi się tylko na zdjęciach. Pierwsze niepowodzenia miłosne, a ilu z nas słyszało od rodziców, nie zajmuj się bzdurami, idź lepiej do nauki, na wszystko przyjdzie czas. Będziesz uczył się dobrze, pójdziesz na studia, dostaniesz świetną pracę i pieniądze, to i dziewczyny się znajdą. Nie będziesz mógł się od nich opędzić, a teraz weź się lepiej do roboty. Później mężczyźni obrażają kobiety i nazywają je materialistkami. A życie pisze własne scenariusze, i ja biorąc udział w tym wyścigu szczurów sam się o tym przekonałem.  Choroby, problemy, po tym możemy poznać czy komuś na nas zależy. Dla mnie i mojej dziewczyny prawdziwym wyzwaniem była moja choroba nowotworowa. Dziękuję jej bardzo, że w tak trudnym momencie była cały czas przy mnie i bardzo mnie wspierała. Po pracy przychodziła do szpitala, a jej obecność dodawała mi otuchy. Teraz dzięki Bogu po tym wszystkim jesteśmy razem, pobraliśmy się trzy lata temu, mamy zdrowe i piękne dzieci.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *