Fenomen książki

Dawno, dawno temu, w wieku XX, wyznawcy postępu i jego zaciekli wrogowie wieszczyli, że oto przez filmy, gry komputerowe i durne piosenki ludzie przestaną czytać, zaniknie klasyczna sztuka czytelnictwa, a my staniemy się półmózgimi analfabetami. Tymczasem w wieku XXI czytelnictwo ma się świetnie.


W Katowicach znam dwie knajpy, które poza asortymentem piwa czy kawy mają na swoim wyposażeniu półki z książkami. Wieszcze końca drukowanego świata się przeliczyli – jedni odetchną tu z ulga, inni rozedrą szaty. Jak to jednak jest, że te kilkanaście kawałków papieru ze znaczkami jest w stanie istnieć a nawet konkurować z hollywoodzkimi produkcjami?

Jest tak między innymi dlatego, że te znaczki, którymi zapełniono stronice książki układają się w słowa, słowa w zdania, zdania w historie. Pomijając książki kucharskie i poradniki typu „Zrób to sam”, zdecydowana większość książek opowiada jakąś historię. Kiedyś Terry Pratchett (bodajże w drugiej „Nauce Świata Dysku”) posunął się do stwierdzenia, że człowiek nie jest Homo Sapiens (łac. „człowiekiem rozumnym”), ale Pan Narrans – małpą opowiadającą opowieści. Od wieków nasi przodkowie przekazywali sobie dzieje życia swojego, plemienia, narodu czy całego świata poprzez stwarzanie fabuły, szkicowanie postaci, miejsca, wydarzeń, tchnięcie w nie życia dzięki bufowaniu zaskakującej akcji. Opowieści przenosiły życie od naocznych świadków do ich słuchaczy. Wynalazek pisma oprócz tego, że pozwolił uregulować kwestie typu „czyje to pole?”, dał nam możliwość utrwalania historii. Dzięki tabliczkom, zwojom, inskrypcjom, a w końcu kodeksom i książkom człowiek tworzący historię mógł dotrzeć już nie tylko do tych, którzy stali z nim twarzą w twarz, ale też do kogoś, kto przeczyta jego dzieło nawet wiele lat po jego śmierci.

Wszak przekazując historię, poznajemy nie tylko ją, ale też jej autora. A lubimy spotykać nowych ludzi, poznawać ich styl mówienia, sposób myślenia. Rytm pisania, dłuższe czy krótsze zdania, słownictwo, poczucie humoru pozwala nam zajrzeć choć trochę w duszę człowieka, który wlał jej cząstkę w dzieło. Czytanie jest spotkaniem z drugim człowiekiem, który wychodzi nam naprzeciw, bo chcąc czy nie chcąc, zawsze będzie pisał subiektywnie. A i my subiektywnie odbieramy to pisanie. Są książki, które drażnią, których mamy dość już po kilku stronach – tak samo jak są ludzie, których nie możemy słuchać i choć uważają się za wielkich retorów, usypiają nas lepiej od kołysanki. Są też książki, które powodują tęsknotę po ostatniej stronie, których nie chcemy odstawić na półkę, tak jak nie chcemy pożegnać się z kimś, z kim nadajemy na tych samych falach. Książka to przedłużenie spotkań przy ognisku, kontynuacja radosnej sztuki gawędziarstwa z tym, że nie słyszę słów weterana AK, ale poprzez zapisane wspomnienia spotykam nie tylko jego, ale i wizję świata człowieka sprzed ponad pół wieku. Tak samo jest z filmem, grą komputerową czy komiksem – można lubić kreskę lub nie, kochać grę aktorską, sposób przedstawienia fabuły danego autora, reżysera, firmy producenckiej lub ich nienawidzić. Czym więc się różni od nich książka?

O ile każda opowieść (filmowa, rysowana, przedstawiana przez grę) zabiera nas w choćby trochę inny świat, to książka ma tę właściwość, że nie narzuca nam obrazu. Czytelnik, czytając opis Cathy Amos z „Na wschód od Edenu”, może wszystko sobie wyobrazić, może nawet podstawić pod jej twarz twarz jakiejś swojej wyjątkowo zołzowatej znajomej. Gdybyśmy teraz zrobili eksperyment i poprosili grupkę ludzi o naszkicowanie portretu według opisu zawartego w książce, otrzymalibyśmy kilka podobnych, ale jednak różnych obrazów. Gdy oglądamy ekranizację tej powieści jesteśmy skazani na twarz Jo van Fleet, modyfikowaną jedynie przez jakość obrazu i nasze wady wzroku. Tymczasem każdy odbiorca, czytelnik ma inną wyobraźnię, inny zestaw pojęć, idei i wspomnień z którymi łączy opis podany przez autora. Chyba największą zbrodnią na własnej wyobraźni jest przeczytać książkę po obejrzeniu filmu. Książka ma też większą szansę na przekazanie nam głębszego obrazu. Ekran może nam pokazać dolinę Salinas latem, ale nie ma czasu na opisanie jej także o innych porach roku, pokaże zdruzgotaną minę aktorki, ale nie opisze tego, jak kreowana przez nią postać powoli popada w obłęd. Książka ma na to czas. Nie jest wciśnięta w dwie, maksymalnie trzy godziny i może poświęcić nawet kilkanaście stron na zapoznanie czytelnika z realiami życia bohaterów, z nawet najdziwniejszymi detalami ich osobowości. Może naszkicować nam postać, którą polubimy, albo znienawidzimy od czubka głowy przez pięty, aż po obgryzanie paznokci w chwilach stresu.

Książka pozwala nam nie tylko spotkać się z wizją autora, ale też trochę jej zagarnąć dla siebie. Moje Śródziemie niekoniecznie jest Śródziemiem Petera Jacksona, na pewno nie jest Śródziemiem Tolkiena i różne jest od setek tysięcy Śródziemi powstałych po lekturze w umysłach milionów czytelników. Dlaczego? Autor książki tworzy świat poprzez słowo, które choć potrafi wiele stworzyć, podać miriady szczegółów, to jednak zawsze jest na tyle subtelne, że pozwala czytelnikowi troszkę współtworzyć ten świat. I nie chodzi tu tylko o światy fantasy czy science fiction. Pisarz, tworząc książkę choćby o życiu na kazachskiej prowincji, tworzy historię złożoną z jego pasji, jego przeżyć jego wspomnień, zranień, radości, trosk, nadziei, wiary, tragedii. A my, czytając to, przekształcamy jego rodzinny dom, jego pierwszą miłość, jego wyrzucenie ze studiów w Astanie poprzez nasze wspomnienia, zranienia, radości, troski, nadzieje, wiarę i tragedie.

Książki mają także wiele zalet wynikających nie z tego, CO jest na ich kartach zapisane, ale JAK jest zapisane. Nie wymagają prądu, przynajmniej w swojej klasycznej formie. W razie awarii prądu zawsze ratują nas świeczki. Z książką można iść do lasu na długi spacer i nie martwić się pikającą baterią. Świetnie prezentują się na półce, zwłaszcza, gdy jest ich dużo. Szanująca się książka uraczy nas nie tylko porywającą zawartością, ale też piękną oprawą i tym niepowtarzalnym zapachem świeżego druku. Nie straszny jej format dysku, skok napięcia, wirus czy awaria łącza internetowego. Wszystkie papierowe przedmioty mają oczywiście problemy z idiotami, wodą, ogniem, metką łososiową i dziećmi uzbrojonymi we flamastry, ale dzielą te słabości ze sprzętem elektronicznym.

Książka czytana, w odróżnieniu od filmu na dysku czy na płycie, nabiera pewnego osobistego charakteru. Gdy zaglądamy na kartki możemy bez trudu dostrzec, które rozdziały są ulubione, gdzie czytelnik zaśmiał się tak, że wypuścił gorącą kawę nosem, który tom desperacko ratowaliśmy w czasie powodzi i nie chcemy go wyrzucić, nawet jeśli połowa kartek trzyma się już tylko na słowo honoru.

Nie, książka nie przeminie tak łatwo. Jej fenomen sięga głębiej niż tylko do naszej kochającej opowiadania natury. Przyjdą nowe mody, nowe formaty plików tekstowych, nowe lepsze czytniki, nowe systemy i nowe rodzaje papieru. A i tak znajdzie się wielu takich, którzy zapalą w kominku, schowają się pod koc i w świetle świecy zechcą raz jeszcze zajrzeć na pożółkłe kartki, pragnąc znowu udać się do krainy ukrytej za stronami, rozdziałami…

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *