Księża, mówcie o Bogu!

Założę się, że każdy z nas słyszał w swoim życiu przynajmniej jedno kazanie, w trakcie którego chciał wyjść z kościoła. Zapewne nie raz po Ewangelii, w której Jezus opowiadał o Ojcu, leczył chorych i ogólnie przekazywał Dobrą Nowinę o Królestwie, następowało całkiem odmienne kazanie. Można by je wręcz nazwać Złą Nowiną.


Nie lubimy być pouczani i nie czujemy się komfortowo, gdy słyszymy złowieszcze oceny i przepowiednie. Niestety, często właśnie takie słowa padają z ambon naszych kościołów. Od sławetnego strasznie gender i związkami partnerskimi, poprzez gromienie antyklerykałów i par żyjących bez ślubu. Znajdzie się w nich także np. wspomnienie faktu rozpuszczania dzieci przez rodziców, nieszanowania pracowników przez pracodawców, czy też wiarołomności niektórych polityków. Nie wspominając już o temacie pieniędzy, które przecież zawsze się przydadzą. Powiedzmy sobie szczerze – jeśli ktoś z nas żyje bliżej Kościoła i angażuje się w Jego życie, wcześniej czy później zostanie skonfrontowany z kapłanem, przemawiającym w ten sposób. W najgorszym wypadku będzie on jego proboszczem lub innego rodzaju przełożonym, w najlepszym – usłyszy skargi na niego od znajomych, uczęszczających do „jego” kościoła.

Rola Kościoła jako stróża moralności jest bezdyskusyjna i nieoceniona, jednak nie może ograniczać się jedynie do wytykania palcami tego, co złe i straszenia konsekwencjami. Takie zachowanie mogło być popularne i mieć racjonalne podstawy np. w okresie PRL-u, gdy władze lansowały wartości nie zawsze zgodne z Ewangelią i mniej lub bardziej otwarcie walczyły z Kościołem. Jednak nawet w takiej sytuacji dobrze jest pokazywać przede wszystkim to, co dobre i piękne.

W tym miejscu ktoś zapewne pomyśli sobie, że przecież upominanie i nazywanie grzechów  po imieniu zawiera się w miłości bliźniego. Nie powinniśmy jednak publicznie i jednostajnie grzmieć o nich, na pewno nie z ambony. To niczego nie da, a może tylko rozsierdzić tych, do których chcemy trafić. Dużo lepszym pomysłem jest modlitwa za tych, którzy działają lub myślą nie do końca poprawnie, a także głoszenie im Ewangelii o Bogu, który zawsze ich szuka i chce dla nich jak najlepiej.

Dlaczego tak wielką popularnością cieszą się kaznodzieje pokroju o. Szustaka lub ks. Pawlukiewicza? Dlatego, że mówią w ciekawy sposób? Zapewne. Ale w dużej mierze również dlatego, że w swoich słowach nie narzekają na ludzi i ich zachowanie. Owszem, zdarza im się nazwać grzechy czy błędy po imieniu, ale tylko wówczas, gdy mogą jednocześnie przyznać, że z Bożą pomocą da się z nich wyjść, naprawić je. Według mnie ich sukces leży przede wszystkim w tym, że potrafią zachwycić ludzi opowiadaniem o Bogu i jego miłości do ludzi. Oczywiście – Boga nigdy nie zrozumiany i zapewne nie spotkamy fizycznie, by móc z Nim porozmawiać lub usłyszeć, co ma nam do powiedzenia o Sobie samym (abstrahuję tutaj od różnych przypadków mistycznych). Na szczęście, w Piśmie świętym znajdziemy takich informacji całkiem sporo, a dodatkowych mogą nam dostarczyć np. dzieła świętych, szczególnie teologów i mistyków.

Ilu z nas ma co niedziela ten komfort, że na kazaniu słyszy odniesienie do tego, co było czytane w Ewangelii lub pozostałych czytaniach? Ilu z nas słyszy z ust kapłana rozwinięcie słów Jezusa lub innych, zapisanych przez autora natchnionego, w których tłumaczy on, kim jest Bóg i jaki ma plan wobec człowieka? Obawiam się, że niewielu. Bardzo duża liczba wiernych niestety wie o Bogu bardzo mało i niestety w swoich świątyniach nie ma możliwości poszerzenia tej wiedzy.

Sam znam dorosłych wierzących, od lat uczęszczających do tych samych świątyń, słuchających tych samych kaznodziejów. Jednym tchem potrafią wymienić zagrożenia dzisiejszego świata, czyhające na wiernych lub najczęściej popełniane grzechy, a jednocześnie potrafią palnąć straszne głupoty na temat Boga i tego, czego naucza On poprzez Kościół. „Przecież Bóg nie zna naszych myśli, a na pewno nigdy o tym na kazaniu nie słyszałem”, „Jezus wcale nie powiedział, że piekło jest straszne a szatan zły”, albo też „Jezus przecież nigdzie nie powiedział, że po śmierci zmartwychwstaniemy”. Tak, to są prawdziwe słowa, wypowiedziane przez praktykujących katolików, chodzących regularnie do kościoła od kilkudziesięciu lat.

Na szczęście są także tacy, którzy na własną rękę szukają Boga. Potrafią zaczytywać się w psalmy lub księgi prorockie, w których Bóg mówi ludziom sam o sobie lub jest przez nich sławiony. Inni zagłębiają się w słowa Ewangelii, w których Jezus mówi o swojej misji na Ziemi, a także o Ojcu i Duchu i relacjach między nimi. Jeszcze innych do bliższego poznania Boga może skłonić literatura bądź muzyka religijna, lub poznanie sylwetki ciekawego świętego. Oczywiście, można także przegiąć w drugą stronę – lansować pozytywne zachowania bez żadnego odniesienia ich do Boga i Jego planu zbawienia człowieka.

Sądzę, że najlepszym sposobem człowieka na zrozumienie samego siebie, innych ludzi i całego otaczającego świata, a także znalezienie sensu życia jest coraz większe zagłębianie się w Bogu. A ono nie następuje dzięki wytykaniu tego, co złe i nieodpowiednie, ale przede wszystkim poprzez poznawanie tego, co On sam zechciał o sobie objawić przez Swojego Syna, przez Pismo Święte, przez naukę Kościoła. Wszystkim kaznodziejom życzę, aby potrafili w pasjonujący sposób opowiadać o Bogu i zachwycić nim wiernych.

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *