Lepsze czasy

Ci, którzy mówią, że “za komuny było lepiej” grzeszą w sposób oczywisty i niewielu znajdzie się takich, którzy będą mieli co do tego wątpliwości. Czy jednak ci, którzy każą chwalić zmiany, które się dokonały, nie popełniają grzechu bałwochwalstwa?


O przemianach ustrojowych, które dokonały się w Polsce po upadku Związku Radzieckiego piszą przeważnie ci, którzy te przemiany przeżyli. Ci młodsi, urodzeni już za czasów demokratycznych, uważani są nierzadko za żółtodziobów niegodnych, żeby na ten temat zabierać głos. Chyba, że wyrażają wdzięczność starszemu pokoleniu za jego wkład w owe przemiany.

Czym jednak różni się “wolna Polska” od PRL oczami człowieka, który nigdy w PRL nie mieszkał? Oczywiste jest, że zestawić może jedynie relacje starszego pokolenia z własnymi obserwacjami. Ci, którzy przemiany widzieli na własne oczy bronić będą prawdopodobnie opinii, że różnica jest nie do porównania. Jednak po wysłuchaniu opowieści o szarych czasach na pierwszy plan wysuwają się półki w sklepie, kolejki, kartki i swoboda poruszania się po świecie. Nie można, co prawda, tej listy ograniczyć jedynie do wspomnianych elementów. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że to wysławiane “lepsze” życie w nowym systemie jest zwyczajnie życiem wygodniejszym.

Wygodniejszym nie tylko dla rządzonych, ale i rządzących. Ci, którzy nie odnajdują się w nowych układach i nie radzą sobie w polskiej demokracji mogą zawsze liczyć na największe dobrodziejstwo przypisywane powszechnie Unii Europejskiej, czyli otwarte granice. Zwyczajnie pozwolono nam wyjechać za chlebem, jeśli nie możemy znaleźć go u siebie. Dawniej rzeczywiście trudniej było uciec. Dzięki temu ci, którzy nami rządzą, nie muszą się obawiać kumulacji ludzi ambitnych, dla których zabrakło miejsc pracy, a którzy, jak to miało miejsce właśnie podczas przemian ustrojowych, rozsadziliby ten system od środka. Ci ludzie dzisiaj po prostu emigrują, zamiast domagać się w stolicy lepszego traktowania.

Żyje się nam wygodniej nie tylko dlatego, że jesteśmy zapychani cukierkami, egzotycznymi owocami i całym dobrodziejstwem supermarketów, w których znaleźć można o wiele więcej niż ocet i musztardę − i to bez miesięcznego przydziału na kartkach. Technologia również poszła do przodu. Poszłaby ona jednak niezależnie od przemian ustrojowych, więc to, że dziś w każdym domu znajduje się po kilka komputerów z dostępem do Internetu, a urządzenia posiadają funkcje, o których w PRL ludziom się nie śniło, niekoniecznie jest owocem przejścia z komunizmu do demokracji.

Wymiar technologiczny to jednak nie wszystko. Żyje się nam wygodniej również na płaszczyźnie moralnej. Kolejne ekipy rządzące, zwłaszcza w okresach przedwyborczych, starają się podsycać nasze popędy, aby je wykorzystać, oferując spełnienie lub krzycząc głośno, jak bardzo się ono nam należy. Tak więc należy nam się prawo do panowania nad własnym ciałem, które przejawiać ma się nie w wolności woli od pożądań, lecz w możliwości usunięcia tego, co w tym ciele nagle zaczęło żyć własnym życiem. Dbając o naszą wygodę, nie używa się słów takich jak człowiek, życie i morderstwo, zastępując je płodem, procesami i aborcją. Nie trzeba zwłaszcza brać odpowiedzialności za drugiego człowieka i podejmować trudu zakładania rodziny.

Z pewnością dzisiaj żyje się wygodniej, tylko czy to życie jest lepsze? Gdyby jednak zapomnieć, że przed nami był PRL, że w Polsce panował komunizm i że kiedyś było gorzej. Gdyby spojrzeć na nasz kraj oczami człowieka, który nigdy nie widział poprzedniego systemu i ocenić ten, w którym żyje bez porównań do gorszych czasów. Czy moglibyśmy być zadowoleni z polskiej demokracji?

Żyjemy w kraju, w którym traktowani jesteśmy jak bydło. Z tą tylko różnicą, że karmieni jesteśmy częściej i lepszą paszą. Mechanizm zniewolenia jednak pozostał ten sam, choć mocno zakamuflowany. Przejawia się to choćby w braku możliwości podejmowania decyzji wolnych i tego sztandarowym przykładem jest przymus ubezpieczeń społecznych. Z drugiej strony w imię dbania o nasze dobro państwo umożliwia rzeczy okrutne, takie, które konkurować mogłyby swobodnie ze zbrodniami obozów zagłady. Jednak upupione i na mniejszą skalę, stąd nie wywołujące skandalu. Wspomnieć tu należy koniecznie o handlu dziećmi.

Żyjemy w kraju, w którym zabiera się rodzinie trójkę dzieci, w tym jedno sześciomiesięczne, karmione piersią. Nie dlatego, że źle te dzieci traktuje, że ich nie kocha, że znęca się nad nimi. Dlatego, że ta rodzina jest biedna, a dzieci potrzebują lepszego losu. Nie ważne, że kochają rodziców, nie ważne, że odrywane są od piersi matki i nie ważne, że nie chcą być zabierane. Ważne, że rodzina zastępcza dostanie za każde z nich po trzy tysiące złotych miesięcznie − świeża, autentyczna sprawa z Niska.

Żyjemy w kraju, gdzie można rodzinie zabrać dzieci dla pieniędzy, bezkarnie, w świetle prawa i “dla ich dobra” − w imię walki z patologią.

Można by mówić jeszcze wiele o tym demokratycznym polskim raju, który nastąpił po PRL, jednak by nie przyćmić powyższej zbrodni zbędnymi wywodami lepiej zakończyć w tym miejscu.

Author: Maciej Puczkowski

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *