Metafizyki zderzenie z codziennością

Msza Święta formując nasze wnętrze (duszę) posługuje się olbrzymią ilością znaków „zewnętrznych”, fizycznych, oddziaływujących na zmysły. Jednak obecnie w Kościele coraz mniej dba się o wyrazistość tych znaków. Liturgia sprawowana byle jak skutkuje pustkami Kościołów. Potocznie nazywa się to posoborową odnową liturgii.


Sposób, w jaki sprawuje się kult Boga w Kościele – a więc liturgię – ilustruje to, w co wierzymy. Wyraża to starochrześcijańska formuła: „lex orandi, lex credendi”. Dla przykładu: kapłan podczas Mszy do kielicha wlewa wino i wodę. Symbolizuje to między innymi dwie natury Chrystusa – boską i ludzką. W V wieku powstała herezja monofizytyzmu, wedle której Chrystus miał tylko naturę boską. Dlatego też podczas liturgii w Kościołach, które przyjęły monofizytyzm, nie dodawano wody do wina.

W celu ukazania rzeczywistości duchowej, Kościół posługuje się pewnymi znakami. Mimo, że w pewnym stopniu są one naturalne (np. woda-obmycie-oczyszczenie), zasadniczo zawsze potrzebują wyjaśnienia. Temu służą modlitwy związane z danym obrzędem, towarzyszące mu czytania czy homilie. Upraszczając, można by powiedzieć, że liturgia katolicka (Msze Święte, udzielanie sakramentów, Liturgia Godzin czy adoracja Najświętszego Sakramentu) składa się właśnie z sekwencji znaków i ich wyjaśnień.

Od początku istnienia Kościoła olbrzymią wagę przykładano do tego, aby zachować prawowierność. Przestrogi przed fałszywymi nauczycielami czy błędnymi interpretacjami Pisma Świętego stale są obecne w listach Apostołów do pierwszych wspólnot. Również w ciągu całej późniejszej historii, Kościół strzegł czystości wiary. Jeśli więc to, w co wierzymy, jest aż tak ważne, to naturalnie równie ważny jest sposób, w jaki sprawujemy liturgię. Dotyczy to w pierwszym rzędzie kapłanów i służbę liturgiczną, lecz również każdy wierny powinien świadomie uczestniczyć w liturgii i rozumieć poszczególne obrzędy.

Tu otwiera się oczywiście pole, żeby zacząć krytykę wszelkich nadużyć liturgicznych, których w końcu nie brakuje w Kościele. Najpierw jednak należy zapytać, dlaczego te nadużycia w ogóle mają miejsce. Czyżby księża byli niedouczeni? Z jednej strony, sześć (w przypadku księży diecezjalnych) lat nauki w seminarium to chyba wystarczająco, by przejść solidną formację liturgiczną. Zdajemy sobie jednak sprawę, że wiedza nieużywana powoli, acz sukcesywnie idzie w las. Zderzenie z rzeczywistością parafialną, lokalnymi tradycjami, przyzwyczajeniami, proboszcza/kościelnego/parafian, tzw. racje duszpasterskie często są okazją do uproszczeń. Dlatego na przykład liturgia Wigilii Paschalnej jest sprawowana nierzadko o godzinie 18.00 (podczas gdy zachód słońca następuje godzinę później), bo „ludzie nie przyszliby w nocy”. Ciężko wówczas zrozumieć symbolikę paschału.

W ogóle te „racje duszpasterskie” to słowo wytrych w praktyce liturgicznej. W niedzielę używa się II (najkrótszej) Modlitwy Eucharystycznej, bo jak msza będzie 5 minut za długa, to ludziom będzie przeszkadzać. Na mszy zaśpiewa scholka dziecięca, repertuar oczywiście z gatunku sacro-polo, bo podobno ludziom się to bardziej podoba. A zamiast przewidzianego w mszale wstępu do „Ojcze Nasz”, zaimprowizujemy emocjonujące przemówienie o naszym Bożym dziecięctwie, które ostatecznie będzie dłuższe niż Kanon Rzymski.

Pewnym schorzeniem wielu parafii jest z jednej strony upraszczanie liturgii, rezygnacja z wielu obrzędów, gdyż ludzie przestają je rozumieć, więc w efekcie nudzą się na Mszy. Jednocześnie wprowadza się wiele „nieliturgicznych”, niekiedy wręcz świeckich elementów, które mają podnieść „atrakcyjność”. Liturgii przedpoborowej zarzucano, że jest niezrozumiała dla wiernych, stąd też zdecydowano się na pewne uproszczenia i wprowadzenie języków narodowych. Problem w tym, że zarówno świeccy, jak i duchowni o zmianach dowiadywali się z mediów, gdyż sobór był pierwszym, na który wpuszczono dziennikarzy. Ci, jako ludzie, którzy z definicji, nie mają o niczym pojęcia, w relacjach skupiali się na tym, co najbardziej rzucało się w oczy: odwróceniu kapłana, zmianie języka itp., nie przytaczając przy tym argumentacji teologicznej. Zaowocowało to poczuciem rewolucji. Im więc bardziej radykalne wydawały się zmiany, tym były uważane za „bardziej soborowe”.

Pewnym błogosławieństwem dla Polski było to, że znajdowaliśmy się wówczas w bloku sowieckim. Niewielu dziennikarzy mogło, a jeszcze mniej chciało udać się do Watykanu. Dlatego też Kościół mógł spokojnie, bez presji zrewolucjonizowanego laikatu, wprowadzać reformy stopniowo. Na polu liturgii olbrzymie zasługi położył tutaj ksiądz Franciszek Blachnicki, odpowiedzialny za Krajowe Duszpasterstwo Liturgiczne, założyciel Ruchu Światło-Życie, który miał na celu również formację liturgiczną członków. Jednak po upadku „żelaznej kurtyny” pewne nowinki siłą rzeczy zaczęły docierać nad Wisłę.

Ciekawym zjawiskiem jest rozwój parafii tradycyjnych, które sprawują liturgię po „przesoborowemu” w krajach, gdzie reforma soborowa w wersji rewolucyjnej poczyniła spustoszenie. Należy nadmienić, że również w Polsce z roku na rok Msze Trydenckie cieszą się  coraz większą popularnością, zarówno świeckich, jak i kapłanów. Czy więc oznacza to, że nadchodzi regres? Że Kościół musi się cofnąć do etapu sprzed Vaticanum II? Taki wniosek to duże uproszczenie. Sobór miał znaleźć remedium na trapiące Kościół bolączki. Zaproponowane rozwiązania zostały jednak opacznie zrozumiane i błędnie zastosowane, co zaszkodziło, zamiast pomóc.

Liturgia posoborowa jest nie mniej piękna, pobożna i dostojna, co trydencka, o ile tylko się o to zadba. A co może w tej kwestii zrobić zwykły świecki, który do ołtarza podchodzi tylko podczas Komunii Świętej? Może dużo. Ale o tym w następnym numerze.

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *