Misje na cały rok

O akcji „Misjonarz na post”, tym, czym różni się katolicyzm w Polsce i na misjach, i czego możemy się uczyć od krajów misyjnych rozmawiamy z o. Marcinem Wrzosem OMI, redaktorem naczelnym czasopisma „Misyjne Drogi”.


źródło: www.misjonarznapost.pl

Kajetan Garbela: Skąd wziął się pomysł na zorganizowaną modlitwę za misjonarzy w czasie Wielkiego Postu?

o. Marcin Wrzos: Na początku chciałbym zauważyć, że w Kościele działamy często bardzo partykularnie – każde zgromadzenie zbiera pieniądze na swoje misje czy też za nie się modli. Wiadomo, najłatwiej dbać o to, co dotyczy nas samych, i nie jest to żadna uszczypliwość czy wyrzut, tylko stwierdzenie faktu. Pomyślałem, że dobrze będzie wreszcie połączyć nasze siły, a przecież nie powinno być trudno zjednoczyć się na modlitwie. Sam zresztą byłem przez rok na misjach na Madagaskarze i wiem, że modlitwa naprawdę pomaga misjonarzom. Oni często idą kilka czy kilkanaście dni przez busz, w obawie przed malarią, zwierzętami, kapryśną pogodą, często na granicy przemęczenia i psychicznego wyczerpania. Wówczas myśl o tym, że ktoś się za nich modli, naprawdę dodaje sił.

Wyszedł ojciec z tą propozycją do innych zgromadzeń…

o. M.W.: Pochwycili ja przede wszystkim ci misjonarze, którzy prowadzą swoje czasopisma misyjne –na przykład werbiści, klawerianki, kombonianie…

Dlaczego zdecydowaliście, że każdy modlący się otrzyma pod swoją opiekę konkretnego, znanego mu z imienia i nazwiska misjonarza?

o. M.W.: W Kościele często zbieramy pieniądze za całe dzieła misyjne, modlimy się za ogół misjonarzy. A przecież skoro wiemy, ilu polskich misjonarzy jest za granicą – Komisja Misyjna Episkopatu Polski ma takie dane – można to wykorzystać. Jest ich dokładnie 2078. Wystarczyło poprosić o szczegółową listę i wrzucić ją w internet z prośbą o modlitwę. Wielu z nas jest łatwiej włączyć się w jakąś akcję, gdy wiemy, kogo dokładnie ona dotyczy, komu niesiemy pomoc. Wcześniej rozpoczęliśmy akcję adopcji misyjnej – pomocy dzieciom na misjach. Odzew był rewelacyjny – ludzie wiedzą, że ich pieniądze idą na konkretne dziecko, na jego naukę, a podopieczni jeszcze napiszą listy z podziękowaniami do swoich opiekunów. To jest wielka zachęta dla potencjalnych darczyńców.

Również ojciec miał swoją podopieczną?

o. M.W.: Tak, ma na imię Magda i jest świecką misjonarką w Ugandzie. Poza modlitwą, postanowiłem prze cały Post ofiarować za nią punktualne wstawanie na modlitwy poranne – a moi współbracia wiedza, jak trudno mi wstać z łóżka. Do tej pory, poza jednym przypadkiem, byłem zawsze punktualny. To dla mnie wielka walka, ale mam jasny cel, osobę, kobietę, którą się w pewien sposób opiekuję, i to dodaje mi sił.

Jaka grupa misjonarzy, lub też z jakich państw, cieszyła się największym powodzeniem?

o. M.W.: Najwięcej osób chciało się modlić za – uwaga – świeckie misjonarki, a także braci zakonnych. Tłumaczę to sobie w ten sposób, że ludzie często odczuwają, że świeccy czy też bracia mają najsłabsze „zaplecze” modlitewne – w końcu najczęściej w kościołach modlimy się za kapłanów. Jeśli chodzi o państwa, przede wszystkim Madagaskar, Sudan, czy też misjonarze pracujący wśród Eskimosów. Może mają na to jakiś wpływ „Pingwiny z Madagaskaru” (śmiech).

A więc przede wszystkim te regiony świata, gdzie żyje się na co dzień bardzo trudno.

o. M.W.: Są to często strasznie trudne warunki bytowania – za kołem polarnym minus 40 stopni, nikt nam nie da jedzenia, często musisz iść zapolować z tubylcami, by zdobyć jakieś mięso…

W jakich państwach czy też części świata jest najwięcej polskich misjonarzy?

o. M.W.: Na pewno w Ameryce Południowej i Łacińskiej, szczególnie w Brazylii. W Afryce najwięcej „naszych” jest w Kamerunie i na Madagaskarze.

Na facebookowym profilu akcji umieszczaliście zdjęcia z podziękowaniami od misjonarzy.

o. M.W.: Tak, to dla nich rewelacyjna sprawa. My często ograniczamy się do pomocy materialnej, do niej przywiązujemy największą wagę, ale jeśli ktoś jest dłużej na misjach, ten rozumie, jak ważna jest modlitwa. Czasem ktoś jest osobą starszą, schorowaną, i ofiaruje swoje cierpienie za misjonarzy. Sam odkryłem takie ofiarowanie siebie za w ich intencji dopiero jakiś czas temu. Oni są za to bardzo wdzięczni i ciągle piszą do nas podziękowania.

źródło: www.misjonarznapost.pl

Powinniśmy się modlić za misjonarzy przez cały rok…

o. M.W.: Mam nadzieję, że wielu z uczestników akcji nie wyhamuje wraz z końcem Wielkiego Postu i będzie się za nich modliło przez cały rok. Zresztą mogę zdradzić, że w zeszłym roku akcja miała 2200 uczestników, a w tym 4700 – więc ponad dwukrotnie więcej. Kto wie, może w przyszłym roku będzie nas nawet 10000…

Udało się ojcu zainteresować akcją media, nie tylko katolickie.

o. M.W.: Przyznam, że miewałem bardzo męczące dni – tutaj trzeba było pojechać do radia, gdzie indziej do telewizji, tutaj ktoś chciał coś napisać o naszym pomyśle… Bardzo miłe jest to, że pracujący tam ludzie naprawdę interesowali się tym tematem. Kościołowi można bardzo wiele złego zarzucić, ale nikt nie ma do nas pretensji, że budujemy na misjach szkoły czy szpitale, opiekujemy się chorymi, opuszczonymi, starszymi… Praktycznie nie ma się do czego przyczepić i media opowiadają o tym w samych superlatywach.

Może się wydawać, że szczególnie wielu misjonarzy pochodzi z Polski – co chwila słyszymy, że ktoś jedzie do Afryki, Ameryki, Azji, ale także do Europy Zachodniej.

o. M.W.: Jakiś czas temu „Gość niedzielny” pisał, że misjonarze to polski towar eksportowy (śmiech). W ostatnich czasach takim „towarem” stali się polscy biskupi – wyświęcono na biskupów więcej Polaków na misjach, niż w kraju. Więcej misjonarzy niż z Polski, pochodzi z Hiszpanii czy Francji – nawet 7000, 8000. Są to jednak przeważnie osoby w podeszłym wieku, nasi misjonarze są zdecydowanie młodsi.

W ostatnich latach można chyba zaobserwować zwiększenie liczby misjonarzy świeckich…

o. M.W.: Zdecydowanie tak, bardzo nas to cieszy. Ludzie świeccy coraz częściej odkrywają powołanie misyjne. Często wyjeżdżają na rok, dwa, cztery – są ich setki. Niektóre zgromadzenia – salezjanie, kombonianie, czy my – oblaci, organizujemy wolontariaty misyjne, gdzie wielu młodych wyjeżdża na kilka tygodni na misje zagraniczne. W ich trakcie na przykład uczą w szkołach, pracują w szpitalach, organizują dla dzieci półkolonie. Wszędzie tam w jakiś sposób dają świadectwo swojej wiary. Ważne jest, by już w trakcie przygotowań ci ludzie wiedzieli, po co konkretnie tam jadą – kto jedzie budować kościoły, kto posługiwać wśród potrzebujących czy w parafiach. Chciałbym, żeby takie wolontariaty poszły ze swoim działaniem na cały świat. Na pewno potrzeba tutaj dużo czasu i dobrych pomysłów.

Kiedyś postrzegano sprawy misji dosyć stereotypowo – są księża, oni jadą, chrzczą i sprawują inne sakramenty, nauczają religii w szkołach, ogólnie ewangelizują „dzikich”.

o. M.W.: To jest myślenie, które zmienił Sobór Watykański II – współodpowiedzialność świeckich za Kościół. Ono w Polsce dopiero się zakorzenia, ale mam nadzieję, że z czasem będzie coraz popularniejsze. Jeśli jakieś wspólnoty „odchowały” sobie młodych, odpowiednio ich uformowały, to teraz mogą powierzyć im poważniejsze sprawy.

Szczerze mówiąc, księża nie dadzą rady organizować i prowadzić wszystkie dzieła kościelne. Nie są herosami, którzy na wszystkim się znają, na wszystko znajdą czas.

o. M.W.: Z im większa ilością inicjatyw wychodzą świeccy, tym lepiej. Na przykład na Madagaskarze świeccy mówią ogłoszenia parafialne pod koniec Mszy, czy też prowadzą katechezy dla dzieci lub kandydatów do chrztu. Dokumenty kościelne mówią, że kapłan to przede wszystkim szafarz sakramentów, głosiciel słowa i przewodnik wspólnoty. Nie mówią nic o tym, że ksiądz ma organizować koncerty, akcje ewangelizacyjne, latać z miotłą, prowadzić strony internetowe. Świeccy mają często dużo większe umiejętności czy talenty do tych spraw. Kościół powoli dojrzewa do tego, aby coraz więcej dzieł powierzać świeckim. Z drugiej jednak strony, jeśli ksiądz chce być specjalistą np. od informatyki, grafiki, organizacji, może nim być, o ile da dzięki temu cos dobrego wspólnocie. Widać to ostatnio mocno w zakonach.

Kogo bardziej potrzeba na misjach – tych, którzy będą posługiwali w kościołach, chodzili z Pismem Świętym i nauczali, czy tych, którzy będą pracowali fizycznie albo naukowo?

o. M.W.: Często kościoły lokalne dobrze radzą sobie z ewangelizacją – w wielu miejscach są tzw. katechiści, którzy przygotowują wiernych np. do komunii czy bierzmowania, i dobrze sobie z tym radzą. Powód jest prosty – księży jest mało i odwiedzają dana wioskę raz na kilka tygodni czy miesięcy. Brakuje za to świeckich osób z fachem w ręku – bo trzeba coś wybudować, coś wyremontować, coś poprowadzić, zorganizować.

Czy ludzie z terenów misyjnych nie czują się niedoceniani, jeśli ktoś przyjedzie z drugiego końca świata, by postawić im kościół, prowadzić szkołę, opiekować się dziećmi? Istnieje ryzyko, że odbiorą to negatywnie – oto przyjeżdża cywilizowany człowiek i tutaj im ciemnym pokaże, jak pracować.

o. M.W.: Raczej nie mają nic przeciwko temu. U nas w Polsce doskonale działa duszpasterstwo parafialne, trudno jednak dotrzeć do tych, którzy do wspólnoty parafialnej realnie nie należą. Potrzeba nam pokory i nawrócenia duszpasterskiego. Na misjach chętnie uczą się miejscowi od misjonarzy, a my w Polsce czasem uważamy, ze nasze duszpasterstwo jest najlepsze na świecie i inni maja się od nas uczyć. A już nawet same statystyki pokazują, że lepiej jest w Ameryce Łacińskiej czy Afryce (śmiech). Powinniśmy uczyć się od Włochów, Hiszpanów, a może nawet protestantów jak docierać do ludzi, których już nie ma w Kościele. Oni są skuteczniejsi. W dzisiejszym świecie powinniśmy szukać właśnie takich ludzi, którzy nie chcą być w żadnej wspólnocie, nie chodzą do duszpasterstwa, do parafii nie należą… Powinniśmy wyjść do nich i powiedzieć, że my, Kościół, czekamy na nich i zawsze chętnie pomożemy. Podsumowując. Na misjach maja pokorę uczenia się, słuchania, stąd nie ma tych kłopotów, o które pytasz. Z nami bywa gorzej.

W Polsce często możemy spotkać się z zarzutem, że Kościół to zło, bo księża grzeszą – są chciwi, fałszywi, wykorzystują ludzi. Przez to wielu ludzi odsuwa się od Kościoła.

o. M.W.: Dlatego też papież Franciszek podkreśla, że Bóg jest czułym, kochającym Ojcem, który szuka każdego człowieka, a my powinniśmy Mu w tym pomagać. My jako Kościół często nie jesteśmy przekonujący. Od lat jeżdżę na Woodstock i spotykam tam wielu ludzi, którzy mówią: mój ojciec i matka chodzą do kościoła, a mimo to się kłócą, rozwodzą, zdradzają… Ich rodzice wychodzą na dwulicowych, fałszywych, a Kościół na jakąś szemraną organizację. Rzadko kto dzisiaj przyzna się, że jest słabym człowiekiem, że życie mu nie wychodzi, ale dzięki Kościołowi jeszcze trzyma się na nogach i stara się dobrze żyć. W krajach, uchodzących za katolickie, zamieszkałych od stuleci przez ludzi wierzących, wmówiliśmy sobie, że jesteśmy idealnym Kościołem. Wręcz bez grzechu, w ogóle nie musimy się starać o to, by być lepszymi, świętszymi. A to nas zgubi. Kościół to wspólnota ludzi słabych, szpital polowy o to stwierdzenie Franciszka, gdzie mamy się wzajemnie opatrywać, podtrzymywać w drodze do nieba, a nie wspólnota zdrowych osiłków, na wszystkim się znających.

Można zaryzykować stwierdzenie, że Polska jest krajem misyjnym?

o. M.W.: Zdecydowanie. Wielu z nas nie spotyka już Boga w swoim życiu, zachłysnęliśmy swoją idealnością, tradycjami, wręcz wpadamy w religijną pychę. Wielu zrezygnowało z uczestnictwa w nabożeństwach. Najwyższy czas uświadomić sobie, że tak nie jest, że musimy się codziennie nawracać. Miejmy nadzieję, że i my to z czasem zrozumiemy.

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *