Moda na Orient

Co jest takiego w religiach i filozofiach Dalekiego Wschodu, że są nad Wisłą coraz popularniejsze? Dlaczego nauki Buddy są w oczach Europejczyków ciekawsze od treści Dobrej Nowiny?


Idąc ulicą typowego polskiego miasta – niekoniecznie wielkiego ośrodka – można natrafić na plakaty zachęcające do uprawiania jogi, ćwiczenia mantr czy innej aktywności rodem z Indii czy innego dalekiego kraju. Co jakiś czas głośno jest o sektach mających swój rodowód właśnie w duchowości czy to hinduskiej czy buddyjskiej.  Dlaczego wielu Europejczyków wybiera te nauki, a odrzuca Kościół?

ZACHÓD I WSCHÓD

Być może odpowiedź leży w osiągnięciach nauk religiologicznych i we wnioskach misjologów katolickich. R. Zehner mówi o podziale na religie Wschodu i Zachodu. Różnią się one pod wieloma względami – w religiach Wschodu pierwszym punktem zapoczątkowania uczucia religijnego jest wola człowieka. To on wychodzi na poszukiwania bóstwa i to on szuka sposobu na zjednoczenie z nim. Bóstwo pozostaje czymś nieokreślonym, niekoniecznie osobowym, jakąś siłą wykraczająca poza ziemskie doznania. Zachodnie religie (islam, judaizm) wychodzą do objawienia – Abraham czy Mahomet spotykają Boga, który wychodzi im naprzeciw, inicjuje kontakt z człowiekiem. Jest Osobą, przekracza ziemskie możliwości, ale nie jest wobec świata obcy czy wrogi.

Transcendencja i nastawienie na duchowość religii Wschodu powodują, że ciało staje się balastem, ciężarem dla duszy. Cierpienie ciała – starzejącego się, chorującego, doznającego bólu – staje się wrogiem numer jeden, przed którym trzeba uciec. Cały świat (jak w wierzeniach i filozofiach greckich) stale się odradza po kolejnych zagładach. Każdy nowy świat z biegiem czasu jedynie ulega zepsuciu, dąży do kolejnego unicestwienia. Ta kosmiczna reinkarnacja jest nie do pogodzenia z wiarą w religiach Zachodu w stworzenie z niczego, dążące do wypełnienia się w przyszłym wieku.

Wschód ma też inne podejście do prawdy. Zachód – z racji samej relacji z Bogiem, który się objawia i tym samym ukazuje też prawdę o człowieku i o świecie – dopuszcza dojście do niej. Choć wierzy się w jedną, transcendentną i uniwersalną prawdę, to nie jest możliwe jej pełne zrozumienie. Stąd każdy ma swoją rację, stanowiącą co najwyżej próbę dojścia do tego, co jedne dla wszystkich. Dzięki temu religie wschodnie są bardzo podatne na synkretyzm, chętnie adaptują to, co obce i pozornie nie do przyjęcia. Jeden mistrz powie tak, a inny inaczej. I koniec. Nauczają oni swojej własnej doktryny na temat bóstwa, na podstawie własnego przeżycia. Prorocy Zachodu są tylko pośrednikami, przekazującymi orędzie Boga.

Chrześcijaństwo stanowi niejako most między tymi dwoma tendencjami. Choć nie skupia się na doczesności tak mocno jak judaizm, nie popada też w czystą duchowość. Ciało dla chrześcijanina nie jest więzieniem duszy, ale jednym z elementów człowieczeństwa. Nie oczekujemy zlania się z Bogiem, ale zmartwychwstania w ciele. Dlatego nie palimy zwłok niczym zdjęcia wywołującego jakieś przykre wspomnienia, ale składamy je na koimeterionie, „miejsce snu”. Bóg w chrześcijaństwie jest dostępny – po Wcieleniu głosił swoją jedyną prawdę i sam siebie nazywał prawdą, drogą i życiem (J 14, 6).

ODROBINA HISTORII

A skąd w ogóle się wzięło masowe zainteresowanie religiami Wschodu w Europie? Dawno, dawno temu, w nie tak odległej Grecji istniały kulty misteryjne. Mocno różniły się one od wiary wyznawanej powszechnie przez większość ludzi – już samo słowo misterium („tajemnica”) wskazuje, że dostęp do nich mieli tylko wybrani. Upatrywały one głębszego, filozoficznego znaczenia w typowych mitach znanych nam od podstawówki . Atena wyskakująca z głowy Zeusa miała oznaczać narodziny Logosu, Rozumu czy też Myśli z bóstwa. W dobie słabości wiary hellenistycznej i popularności nie tak dosłownej filozofii wielkim powodzeniem cieszyły się misteria wschodnie: egipskie nabożeństwa ku czci Izydy – wśród matron, wśród żołnierzy – mitraizm. Rubaszne i dosadne opowieści rodem z Homera nie mogły się pogodzić z wizją ideału bóstwa jako niepodzielnej jedności.

Chrześcijaństwo weszło w ten klimat jak nóż w miękkie masło. I zaspokajało potrzeby elit i dawało niższym warstwom jasne i barwne nauki moralne. Było też narażone na mieszanie z kultami czysto wschodnimi. Manicheizm próbował uczynić z Jezusa dobrego Boga świata duchowego, z Ojca – złego Demiurga, stworzyciela materii. Filozoficzne ubieranie teologii w neoplatońskie kształty skończyło się obroną jedności Boga przez zanegowanie Trójcy przez Ariusza. Mahomet i jego następcy wykorzenili te wierzenia wschodnie, sami jednak przejmując wiele z nich (np. odrzucenie możliwości wcielenia Boga).

Przez wieki chrześcijaństwo było odgrodzone od kultur i religii wschodnich z jednej strony państwami islamskimi, z drugiej – nieprzebytym przez wieki Oceanem i Ameryką. Epoka kolonialna sprawiła, że do metropolii europejskich zaczęły napływać nie tylko towary luksusowe i opium, ale i idee. Niejeden Brytyjczyk zachwycił się hinduizmem czy buddyzmem, jakże innym od sztywnego i pełnego konwenansów anglikanizmu, opartego głównie na unikaniu rewolucji ustroju społecznego. Religiologia XIX w. zachłysnęła się z jednej strony nowością, z drugiej strony starożytnością nauk Buddy i hinduizmu, szukając w nich wszystkiego, co najlepsze, stawiając je ponad chrześcijaństwo. Aby zdeprecjonować chrześcijaństwo, tworzono teorie mówiące o tym, że Jezus tak naprawdę tylko ściągał od Buddy, bo sam jako dziecko był w Indiach.

Kolejna fala zachwytu nad religiami Wschodu to… czasy nazizmu. W Indiach szukano śladów pierwocin rasy aryjskiej. AHNENERBE (ładny skrót od określenia „Towarzystwo Badawcze nad Pradziejami Spuścizny Duchowej, Niemieckie Dziedzictwo Przodków”) chciało wśród mądrości wschodnich odkryć moc pozwalającą odtworzyć dawną potęgę Germanów. W końcu – w ich mniemaniu – tak stara cywilizacja nie mogła być dziełem „podludzi”; to Aryjczycy uciekający z zatopionej Atlantydy mieli tam przystanek.

Po wojnie Wschód znów był na celowniku. Wielu Amerykanów walczących z Japonią czy po prostu stacjonujących w tych rejonach połknęło buddystycznego bakcyla i wracało do kraju z choćby minimalną wiedzą. Ruch hippisowski i pacyfistyczny zaczął szukać właśnie w tych klimatach drogi dla świata pogrążonego w zimnej wojnie. Tak narodził się New Age, ruch zapowiadający koniec trwającej 2155 lat Ery Ryb i nadejście Ery Wodnika (por. musical „Hair” i piosenka „Age of Aquarius”), czasu pokoju, dobrobytu i miłości, posługując się przy tym wschodnimi ideami: iluminacji, nirwany i ekstazy. Do tego dochodzą wątki ekologiczne, okultystyczne, emancypacyjne, a nawet rewolucyjne. Wraz z kulturą amerykańską fascynacja Wschodem odbija się w kulturze europejskiej i polskiej. Choć Zachód Europy ma swoje własne źródła wiedzy o Wschodzie, to jednak w dużej mierze ta fascynacja jest uzależniona od powstających w Stanach mód i trendów. Może o tym świadczyć fakt, że wszelkie azjatyckie mowy czy popularne nazwy zapisujemy według niezbyt wiernej fonetyki angielskiej. Piszemy „sushi”, czytamy „suszi”, choć Japończycy mówią „siusi”.

WSCHÓD W BONUSIE

Religie i filozofie Wschodu nie zawsze wchodzą w nasze życie otwarcie i bezpośrednio. Bardzo często import danego elementu wynika z fascynacji głęboką duchowością, potem następuje spłycenie do funkcji estetycznych czy zdrowotnych, po czym chęć bliższego poznania danej dyscypliny powoduje ponowne odczytanie pierwotnych treści. Wiele elementów wschodnich trafia do Polski w efekcie odarcia ich z głębszych znaczeń – lub też świadomego ich tuszowania, by nie zniechęcać przeciętnego Polaka katolika.

Tak jest na przykład ze wschodnimi sztukami walki. Większość z nich powoduje fascynację ze względu na efektywność i efektowność, pewien kodeks moralny. Dopiero głębsze wejście w temat powoduje poznanie stojącej za nimi filozofii. Podobnie z promowanym w co najmniej dwóch serialach TVP („Ranczo”, „Ojciec Mateusz” – ten sam aktor grający trenera!) tai chi. Pierwotnie sztuka walki stworzona w klasztorze buddyjskim, powiązana z taoistycznym pojęciem chi (energią życiową przepływającą przez ciało). W serialach w ramach Dnia Tai Chi była to gimnastyka zdrowotna. Wystarczy jednak wejść na stronę dowolnej szkoły tego stylu, by dowiedzieć się, że błogosławiony wpływ na ciało ma wynikać z kontroli nad przepływem chi. Podobnie jest z architekturą i wystrojem wnętrz w stylu feng shui (czyt. feng szłej). Było modne? Było. A że oparte na filozofii przypisującej żywiołom dodatkowe znaczenia? Kto chętny, ten się dowiedział.

Podobnie z jogą. W hinduizmie jest ona jedną z dróg uwolnienia duszy z kręgu reinkarnacji i zjednoczenia z bóstwem. Jest tylko jeden problem – joga dostępna jest tylko dla trzech najwyższych kast, a reszta, zwłaszcza pariasi, mogą sobie zakładać stopy za uszy i nic im to nie pomoże. Dla Europejczyka czy Amerykanina to zwykła gimnastyka, nawet jeśli po konsultacji z Hindusem szuka w niej drogi rozwijania świadomości.

Także kultura japońska serwuje nam coraz to nowe fale fascynacji sintoizmem. Już nie tylko kolejne odsłony „Karate Kid” (choć ostatnia to było raczej „Kung-fu baby”), ale także moda ma mangę i anime powodują zainteresowanie Krajem Kwitnącej Wiśni. Japonia słynie ze swej chłonności – co widać po lekturze mangi, gdzie elementy chrześcijańskie są traktowane równie dowolnie, jak buddyjskie czy sintoistyczne. Jednak zakorzenienie w kulturze, w języku oryginału, w historii i choćby idiomach wymusza przenikanie pewnych idei. Wcześniejsze nieco niż sama subkultura mangowa była zafascynowanie samurajami (por. choćby „Szogun” Clavella i serial oparty na tej powieści) i ich kodeksem rycerskim – busido.

SWEGO NIE ZNAMY?

Nie można odmówić wschodnim kulturom głębokiej filozofii, swoistego piękna i dążenia ku dobru – nawet jeśli bez nadziei, by ostatecznie poznać prawdę. Co jednak sprawia, że feng shui, taoizm i buddyzm tak dobrze się mają w dwudziestym i dwudziestym pierwszym wieku? Prawdopodobnie jest to proces skomplikowany, łączący w sobie historyczne konsekwencje dwóch wyniszczających wojen światowych z wymieszaniem kultur i upadkiem homogeniczności społeczeństw.

Po Holocauście, po Hiroszimie i Nagasaki ludzkość zaczęła wątpić w swoje dotychczasowe wartości. Przynajmniej niektórzy zaczęli winą za te tragedie obarczać kulturę zachodnią, a z nią – chrześcijaństwo. Oczywiście, fakt, że nazizm i komunizm odrzucały Chrystusa, był ignorowany, a sam Jezus został przez New Age sprowadzony do roli miłego mędrca zalecającego miłość bliźniego. Ta wykastrowana wersja Ewangelii powoduje odrzucenie Kościoła, który głosi Chrystusa miłosiernego, ale i sprawiedliwego.

Także i Kościół niejako przyczynił się do popularności religii wschodnich, przez swoje oderwanie od świata i zatracenie poczucia mistyki przynajmniej w zwykłym duszpasterstwie. Rubrycyzm, patrzenie na sakramenty jako na pewne procedury, które muszą być wykonane, dbałość o zewnętrzną otoczkę bez szczegółowego wyjaśnienia tajemnicy za nimi stojącej sprawiał, że katolicyzm nie zaspokajał potrzeby transcendencji. Do tego dochodziły pewne kulturowe zaszłości, wynikające np. z wiejskiej moralności opartej na uniformizmie. Iść na mszę mogli wszyscy razem, a medytacja jest zawsze czymś bardzo osobistym. Widać to po dziś dzień w wielu polskich kościołach. Ludzie, których proboszczowie widzą w kościele tylko w Triduum Paschalne i czasem na kolędę, to nie efekt jakichś zewnętrznych czynników, ale kościelnych przepisów. Uczono przez wiele lat, że wystarczy raz do roku Komunię Święta na Wielkanoc przyjąć? To tyle wystarczy.

Mało kto pamięta, że słowo „medytacja” nie pochodzi z hindi ani z chińskiego, ale z łaciny. W chrześcijaństwie oznacza to rozważanie, zatopienie się w modlitwie. Asceza nie jest tworem czysto z Szaolin, ale była znana i praktykowana przez mnichów i zwykłych świeckich. Ci, którzy podziwiają ludzi rozbijających gołymi pięściami deski, najczęściej zapominają, że używają na określenie morderczego treningu tego samego słowa, którym pustelnicy określali samozaparcie i życie w ubóstwie. W przypadku katolicyzmu letniego lub odgrzewanego tylko na święta medytacja i asceza nie mają miejsca, sprowadzają się najwyżej do dziecinnych wyrzeczeń typu „40 dni bez papierosa/Facebooka”. W efekcie katolik nie jest przygotowany na pokusy, łatwo ulega pragnieniom i zachciankom, a co za tym idzie – jego wiara daje się łatwo zdyskredytować.

W tę pustkę i rutynowe odmawianie godzinek czy pilnowanie monstrancji (bo niekiedy żal nazywać to czuwaniem przy Najświętszym Sakramencie) bez trudu wchodzi coś nowego. Coś orientalnego, coś, co mówi, że transcendencja dotyka całego naszego życia. Pojawia się mistrz duchowy, który bombarduje wręcz miłością, akceptacją. Nic dziwnego, że większość sekt w Polsce ma odchylenie dalekowschodnie.

Problemem jest także nieco rozwodnione nauczanie w duchu dialogu międzyreligijnego. Czasami katolicy myślą, że odprawiając nabożeństwa hinduistyczne w czasie wycieczki do Indii, mają po prostu tanią rozrywkę. A przecież palą kadzidełko pogańskiemu bożkowi. Dialog międzyreligijny zmienia się w indyferentyzm. Sobór Watykanki II mówił, że nie odrzuca tego, co w innych religiach dobre (Nosta Aetate, pkt 2.), a nie, że wszystko jest dobre i godne pochwały.

Skąd popularność na Zachodzie nurtów, które narodziły się na Wschodzie? Z pustki duchowej, w jaką wpadły zachodnie społeczeństwa, nie potrafiąc czy też nie chcąc znaleźć sposobu na jej zapełnieni w chrześcijaństwie. Sposobem na uporanie się z importowaną przez Stany nowością z Azji nie jest samo jej odrzucenie (to byłby tylko półśrodek), ale też odrodzenie w szeregowym katoliku potrzeby mistyki i samodzielnego rozwoju duchowego. Wsparciem nie powinien być guru uprawiający jogę, ale kapłan oczekujący w konfesjonale, martwiący się głównie dobrem dusz, a nie przychodami parafii. Najpierw zatkajmy dziury w dnie łodzi Piotrowej, a potem narzekajmy, że woda taka płynna i łatwo się wdziera.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *