Naród Polski nie istnieje

Naród Polski nie istnieje. Już nie i jeszcze nie. W tym właśnie tkwi główne źródło problemów, które trapią dzisiejszą Polskę.


Narodem zdecydowanie nie jesteśmy. Teza obrazoburcza – wręcz heretycka, niemniej trzeba się nad nią pochylić. I nie jest to teza moja. O tym, że między współczesnymi Polakami, a ich przodkami sprzed II Wojny Światowej (czy sprzed rozbiorów) została zaburzona ciągłość kulturowa, pisali już Rafał Ziemkiewicz (Polactwo) i Andrzej Leder (Prześniona rewolucja). Jeden to prawicowiec, niemalże skrajny, drugi związany jest z lewicową Krytyką Polityczną. Obaj doszli do bardzo podobnych wniosków. Znaczy – coś musi być na rzeczy.

Jeśli więc nie ma narodu, to skąd się wzięli polscy narodowcy? I kim w takim razie są ludzie, którzy na każde święto państwowe wywieszają flagę, biorą udział w oficjalnych uroczystościach państwowych, rokrocznie zjeżdżają się do Warszawy na 11 listopada, starają się dzieciom przekazać miłość do ojczyzny, ojczystej historii, kultury i języka? I czemuż wreszcie – jeśli ten naród nie istnieje – w ciągu ostatnich lat tyle wysiłków włożono w walkę z tym narodem?

Nie jest oczywiście tak, że albo mamy naród, albo grupę zupełnie obcych, niezwiązanych ze sobą ludzi. Sytuacja nie jest zerojedynkowa. Naród jest pewną formą organizacji społeczeństwa. Niektórzy twierdzą, że szczytową. Inni, że pierwotną, podobnie jak rodzina, z czym jednak wybitnie ciężko się zgodzić. W każdym razie można stwierdzić, kiedy np. grupa plemion germański i celtyckich stała się Francuzami. Trwało to kilkaset lat, po drodze z Germanów wyodrębnili się Frankowie, z Celtów Galowie, kotłowali się przez dobrych kilka wieków na terenie współczesnej Francji, w międzyczasie do zabawy dołączyli Rzymianie, dorzucając swoje trzy grosze, a później także uczniowie pewnego cieśli z odległej Judei. I tak, po upadku już Cesarstwa Rzymskiego powstawały kolejne królestwa Frankońskie, aż w końcu – gdzieś około XIV-XV wieku – poczucie odrębności było tak wielkie, że poddani francuskiego króla zauważyli, że oto są Francuzami i to jest ich podstawowa tożsamość. Nie wyznawanie chrześcijaństwa w wersji Kościoła Rzymskiego, nie przynależność do pannarodowej wspólnoty rycerzy chrześcijańskich, nie dzielone z Niemcami dziedzictwo germańskie, ale właśnie to, że są Francuzami.

Proces ten najwcześniej zaszedł we Francji, choć o narodach we współczesnym rozumieniu mówi się na dobrą sprawę dopiero od XIX wieku. Mówi się o przebudzeniu narodowym. Belgowie, Węgrzy, Serbowie, Słoweńcy, Bułgarzy, Irlandczycy – to tylko niektóre z narodów, które w tym okresie podejmują starania o niepodległość. Niektóre od podstaw tworzyć musiały własny język, bohaterów, symbolikę, desperacko poszukując w annałach historii czegoś, co można by uznać za zręby ich państwowości, funkcjonującej już we wczesnym średniowieczu! Inni na przykład zdecydowali się wyrzucić z języka wszelkie naleciałości z innych języków. Dlaczego czeski brzmi dla Polaków nieco śmiesznie, archaicznie? Kraj ten od XVI wieku był pod kulturową i polityczną dominacją Niemców. Po czesku się ani nie mówiło, ani nie pisało. Więc gdy ich naszło na narodowe przebudzenia, sięgnęli do własnej wersji daj ać, ja pobruszę, a ty poczywaj. Podobna rzecz z Węgrami. Przecież Węgrzy byli częścią cesarstwa Habsburgów od końca XVI wieku, pod koniec co prawda wywalczyli sobie pewną autonomię (tworząc Austro-Węgry), niemniej skoro tak długo mieszkali wśród innych indoeuropejczyków, czemu zachowali aż taką odrębność językową? A no dlatego, że podobnie jak Czesi swój język zdecydowali się całkowicie wyczyścić z obcych (głównie Niemieckich) naleciałości. Pytanie tylko, do czego można było sięgnąć, aby odtworzyć „autentyczny” język węgierski, czy czeski? Obcym wpływom najszybciej ulegały elity. Istniało zatem przekonanie, w pewnej części słuszne, że w niższych warstwach społeczeństwa przechował się czysty język (a z nim także kultura i Duch) narodowy. Mamy XIX wiek. Mamy romantyzm, a więc fascynację kulturą ludową.

Polacy nijak do tego modelu nie pasują. Owszem, romantyzm był, Mickiewicz, Słowacki czy Norwid pisali przejmujące utwory inspirowane kulturą ludową. Ale w zasadzie o niczym to nie świadczyło. Ów lud wcale się Polakiem nie czuł. Jeszcze pod koniec XIX wieku, gdy przeprowadzano w zaborze austriackim spis ludności, chłopi z Bronowic – dziś dzielnicy Krakowa, wówczas wioski leżącej w cieniu narodowego sanktuarium, miejscu pochówku królów i skarbnicy narodowych skarbów, Wawelu – na pytanie o narodowość wzruszali ramionami. Oni nie Polacy, oni tutejsi. „Za Polakami, to do dworu trza jechać.” Ani oni siebie nie uznawali za naród Polski, ani ówczesny naród – czyli szlachta stająca się już tzw. inteligencją – za Polaków ich nie uważała. Dowodem tego było wykluczenie ludności chłopskiej z powstań narodowowyzwoleńczych. O ile jeszcze Kościuszko powoływał chłopów do walki, co jednak spotkało się z ogromną krytyką tak w kraju, jak i za granicą, a było jednoznacznie interpretowane jako jakaś powtórka z rewolucji jakobińskiej, tak przy późniejszych powstaniach nikt się nawet nad tym nie zastanawia. Ba, część powstań pacyfikowana była właśnie rękoma „polskich chłopów”.

Po kolejnym z takich powstań ktoś w końcu zrozumiał, że chłopów alienować dalej nie można. Że muszą oni wzmocnić tkankę narodową. Praca u podstaw, jaką wykonali pozytywiści przyniosła owoce po ponad 50 latach, ale przyniosła. Słusznie uważa się, że architektem polskiej niepodległości jest Józef Piłsudski, z nim zresztą związana jest dzisiejsza rocznica. Nic by nam jednak nie przyszło z tej niepodległości, gdyby podczas rozpoczętej zaraz po odzyskaniu niepodległości wojnie polsko-bolszewickiej nie okazało się, chyba ku zdziwieniu wszystkich, że ten chłop spod Bronowic, którego dziadek był gotów „Pana piłą ciąć” czuje się jednak Polakiem. Że jest odporny na bolszewicką propagandę klasową, wymierzoną przeciwko „pańskiej Polsce”. Że zamiast odebrać panu ziemię, woli ramię w ramię z nim tej ziemi bronić.

Problem w tym, że ten nie okrzepły, nie do końca uformowany wówczas naród zginął podczas II Wojny Światowej w kampanii wrześniowej, w Katyniu, Oświęcimiu, powstaniu warszawskim, w lasach augustowskich podczas obław NKWD, w ubeckich katowniach na Starym Mokotowie. Przecież jako pierwsi do walki szli najszlachetniejsi przedstawiciele narodu. Najodważniejsi, najwaleczniejsi, najbardziej honorowi. Im więcej ich ginęło, tym łatwiej później komuna demoralizowała resztę. Przecież to był cel komunizmu: stworzyć człowieka nowego, wolnego od (między innymi) więzów narodowych. Dzisiejsi Polacy to w ponad 90% dawni chłopi. Jeśli prześledzimy swoje korzenie do drugiego, najdalej trzeciego pokolenia, trafimy na jakiegoś chłopa, który tylko o tym marzył, by zacząć żyć jak Pan. PRL dawał ku temu sposobności. Kariera w partii, lub w pracy (ale dzięki partii). Oznaczało to odrzucenie tradycji I i II Rzeczpospolitej. Oczywiście narracja narodowa wciąż w PRL-u była obecna. Najchętniej używano ją, gdy w trakcie rozgrywek wewnątrzpartyjnych chciano się pozbyć kogoś o korzeniach żydowskich. Ciekawy punkt wyjścia do badania antysemityzmu w Polsce.

Nie jesteśmy potomkami dawnej polskiej szlachty. Żyjemy w innym państwie, homogenicznym, gdzie niemal wszyscy mówią tym samym językiem. Leder twierdzi, że stało się to ponad naszymi głowami, przy naszym biernym udziale, ale w istocie oznaczało to spełnienie naszych najskrytszych marzeń – skoro hitlerowcy, a później komuniści pozbyli się panów, w końcu My – polscy chłopi – możemy zająć ich miejsce. Ziemkiewicz pisze, że Polak jest to chłop, który ze wsi wyszedł, chciał dojść do miasta (awans społeczny), ale w międzyczasie zniszczone zostało i miasto, do którego szedł, i wieś, z której wyszedł. Stoi więc pośrodku, nie wiedząc, co ze sobą zrobić.

Zanim więc pójdziemy w kolejnym marszu, niezależnie jaki by był jego cel, musimy sobie uświadomić, gdzie my w chwili obecnej jesteśmy. I kim jesteśmy.

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *