O świętowaniu starym i nowym

Gdy byłem dzieckiem, adwent był czasem szczególnym. Zawsze mieliśmy jakieś postanowienia, obmyślało się dobre uczynki do spełnienia i zwracało się uwagę, by tych słodyczy tak za bardzo jednak nie jeść.


Pamiętam Wigilie ze swojego dzieciństwa – rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie, brat, dwaj kuzyni i trzy kuzynki. W sumie 15 osób. Trzy rodziny zbierały się razem, dzieląc się obowiązkami. Jedni udostępniali swoje mieszkanie i zajmowali się organizacją, druga rodzina przyrządzała karpie, a trzecia przynosiła niektóre potrawy. Najczęściej nie obowiązywały tu sztywne reguły ustalonych dyżurów, a raczej każdy robił to, w czym się specjalizował. Zbieraliśmy się zwykle o 17:00 lub 18:00. Trochę to trwało, aż wszyscy się zbiorą, rozbiorą, przywitają i usadowią przy stole. Potem czytanie Ewangelii i modlitwa – Ojcze nasz, Anioł Pański, modlitwy za zmarłych. Wreszcie opłatek…

Święty trening umiejętności społecznych

Wielu ludzi mówi, że stresuje ich składanie życzeń przy opłatku. Jedni nie wiedzą, czego życzyć, innych krępuje cała atmosfera i stanięcie twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Mnie też to stresowało. Ale mimo to nie byłem nigdy przeciwnikiem tego obrzędu. Traktowałem go jako wyzwanie. Zauważyłem, że po przełamaniu się opłatkiem ze wszystkimi, początkowa trema zmieniała się w poczucie radosnego rozluźnienia i bliskości. Składanie życzeń zajmowało wiele czasu, zanim zdążyłem dopchać się do każdego. Życzenia trwały dłużej bo zamiast – albo oprócz – standardowego "zdrowia, szczęścia, pomyślności", życzenia przyjmowały formę małych rozmów podczas których starsi dzielili się z nami swoimi przemyśleniami i złotymi myślami.

Uczta dla ducha i brzucha

Pamiętam, że na Wigilię każdy dostawał ogromny kawał karpia. Jadłem go zawsze bardzo powoli ze względu na groźne ości. Były też barszcze z uszkami lub zupy grzybowe, sałatki, krokiety, kulebiaki, kluski z makiem i inne cuda. Później natomiast bogactwo ciast wszelakich i owoce. Liczba potraw rzeczywiście niebezpiecznie zbliżała się do symbolicznej dwunastki.

Oprócz sycącej uczty kulinarnej, było też wiele atrakcji artystycznych, towarzyskich oraz duchowych. Najmłodsze dzieci prezentowały publicznie wyuczone piosenki i wierszyki, wujkowie zadawali trudne zagadki i organizowali konkursy z nagrodami. Bawiliśmy się również w "jaka to melodia": kuzynka grała na skrzypcach fragmenty linii melodycznej jakiejś kolędy, a wszyscy starali się jak najszybciej odgadnąć jej tytuł. Później losowaliśmy karteczki z sentencjami. Początkowo były to cytaty różnych autorów, a w późniejszych latach – fragmenty z Pisma Świętego. Każdy czytał na głos co wylosował, po czym niekiedy cała rodzina "rozkminiała", wyjaśniała lub wesoło komentowała to Słowo.  

Gdy wszyscy byli już najedzeni, gasły światła i przy blasku kilku zaledwie świec oraz choinkowych światełek, kolędowaliśmy chyba przez całą godzinę. Często śpiew wzbogacony był także dźwiękiem gitary i skrzypiec. Na końcu było rozdawanie prezentów. Każda rodzina przygotowywała podarunki dla dwóch innych rodzin. Osoba która rozdawała prezenty przebierała się za św. Mikołaja. Również przy tej okazji czasami wymyślaliśmy zagadki i wesołe wierszyki o każdym obdarowanym.

Takie wieczerze wigilijne trwały zazwyczaj ponad trzy godziny. A kiedy wracaliśmy do domu czuliśmy się zupełnie oczarowani atmosferą Świąt. Często udawaliśmy się na pasterkę. Trzeba było zająć miejsce siedzące już o 23:20, bo później nie było szans. Po uroczystej Mszy Świętej kolędowanie trwało aż do 2:00 w nocy. Gdy podrosłem, zacząłem jeszcze po pasterce spotykać się ze swoją wspólnotą i stojąc przed kościołem jedliśmy przyrządzoną przez naszego księdza kutię, a potem odprowadzaliśmy się wzajemnie, długo jeszcze rozmawiając i snując się po zaśnieżonych ulicach.  

Radość o poranku

Dziś podejście się zmieniło. Adwent jest czasem radosnego oczekiwania i nie ma przeciwwskazań, by organizować huczne zabawy czy pić piwo. Są natomiast rekolekcje adwentowe, których dawniej nie było (przynajmniej w mojej parafii). Wielką popularnością cieszą się także roraty. W Krakowie często chodziłem z przyjaciółmi na roraty u dominikanów, które zaczynają się o godz. 6:30. To jest coś pięknego! Wstawanie przed świtem, szybkie zbieranie się na tramwaj, zorientowanie się że właściwie to większość pasażerów również jedzie na roraty do dominikanów… Potem ciemny kościół, niezwykłe, mistyczne śpiewy po łacinie, stopniowe rozprzestrzenianie się światła pochodzącego od ognia, wędrującego z jednej świecy do drugiej… Czułem się zawsze jak chrześcijanin pierwszych wieków gdzieś w katakumbach Grecji lub Rzymu. Umysł dopiero co przebudzony chłonął odczytywane Słowo Boże i ciekawe kazanie. Po Mszy studenci byli zapraszani na wspólne śniadanie, a po nim odmawialiśmy jeszcze jutrznię w podziemiach klasztoru dominikanów. Świetny początek dnia!

Miniaturyzacja

Teraz Wigilię obchodzimy w wersji eko/light. Nie ubieraliśmy w tym roku choinki. Zamiast niej mamy palmę którą wzięliśmy na przechowanie od sąsiadki, która wyjechała na dłużej. Jedną złotą bąbkę i choinkowy łańcuch – zawiesiliśmy na lampie. Światełka – na ścianie.

Gdy brat z żoną i dziećmi przyjedzie do mnie i rodziców, jest nas razem 7 osób. Modlimy się, czytamy Ewangelię, łamiemy się opłatkiem… A potem jemy zupę z suszonymi grzybami. Zamiast pochłaniać ogromne kawały ościstych karpi, w tym roku delektowaliśmy się małymi filetami z przepysznych łososi. Ani nam się śni tradycyjne 12 potraw! Zupa, drugie danie, ciasto i kompot z suszonych śliwek – wystarczy! Śpiewamy kolędy, losujemy inspirujące fragmenty z Pisma Świętego, bawimy się z dziećmi, a później wymieniamy prezenty. Ale wieczerza kończy się szybko, bo tego samego wieczora dzieci jadą jeszcze do drugiej babci.

Po wieczerzy sprzątaliśmy i było dużo wolnego czasu by… sięgnąć po książkę! Nie szliśmy na Mszę Świętą o północy. Ale oglądaliśmy w telewizji świetne kazanie papieża Franciszka, które wygłosił podczas pasterki w Watykanie.

Bez karpia? Bez choinki? Bez święconki?!

Co sądzić o takiej przemianie obyczajów, jaka zaszła w ciągu mojego jakże krótkiego życia? Czy jest to szansa, czy zagrożenie? Chciałbym tu wspomnieć pewne wydarzenie, które wywarło ogromny wpływ na moje myślenie o tradycji. Kiedyś wracałem z mamą z kościoła w Wielką Sobotę. Nieśliśmy w koszyku święconkę. Naraz stanęło naprzeciw nas dwóch panów, którzy wyglądali na wytrawnych smakoszy trunków. Jednak ku naszemu miłemu zaskoczeniu nie prosili o pieniądze na alkohol, ale o jakieś jedzenie. Mama natychmiast zaczęła z nimi rozmawiać i podarowała im bułkę. Ale widząc, że jest ich dwóch i tym się nie najedzą, dała im jeszcze kiełbasę. Wtedy jeszcze do kompletu dołożyła im jajko i może jeszcze babkę. Najwyraźniej spostrzegła, że taki posiłek będzie zbyt ubogi w witaminę C, bo dołożyła im jeszcze pomarańczę. W końcu popatrzyłem na nasz koszyk i stwierdziłem, że poza solniczką i dekoracją z bukszpanu – niewiele w nim zostało.

O ile na początku gest mamy mi się podobał, później byłem trochę zły. "Czy po to idziemy na święcenia, żeby prawie nic nie przynieść?". I wtedy popatrzyłem na twarz tego człowieka. Trzymał wszystkie te dary, a po jego policzkach spływały łzy. Byłem tym zupełnie zaskoczony. Doznałem olśnienia: "TY DEBILU! – rzekłem do siebie – A na cholerę Ci ta święconka? Nie masz w domu żarcia?  Przecież przystąpisz do Komunii Świętej, przyjmiesz Jezusa, więc chyba nic świętszego już bardziej nie istnieje… ". Przecież o to w tym wszystkim chodzi, że Pan Bóg nas kocha wszystkich, także chorych, ubogich, odrzuconych, narkomanów, prostytutki, ludzi z tzw. marginesu społecznego. Na tym właśnie polega istota Świąt, aby się dzielić z innymi i być razem.

Świt nowego życia

Jestem pozytywnie zaskoczony przykładem ludzi, którzy w Wigilię idą z chlebem, ciastami, czekoladami do bezdomnych, aby łamać się z nimi opłatkiem, życzyć im dobra, spędzić z nimi trochę czasu i wysłuchać ich historii. Z radością powitałem na Facebooku obrazki z napisem w stylu: "Katoliku! To nie święconka zmartwychwstała dla Ciebie, abyś miał życie wieczne". Dlatego pozwoliłem sobie w czasie ostatniej Wielkanocy w ogóle nie pójść ze święconką. Ale na Liturgii Wielkiego Czwartku, Wielkiego Piątku i Wielkiej Soboty – byłem.

Podobnie ze Świętami Bożego narodzenia: zamieniliśmy karpia na łososia, choinkę na palmę, posiłek obfity na posiłek lekki. Ale spowiedź, Komunia Święta, lektura Słowa Bożego, łamanie opłatkiem i kolędy – towarzyszą nam niezmiennie. I o to chodzi: Syn Boży stał się Człowiekiem. Jego słowa, czyny, sposób życia i charakter objawiają nam Ojca. Umarł za nasze grzechy i został pogrzebany, a trzeciego dnia zmartwychwstał.  No i teraz właśnie w tym rzecz – wszyscy jesteśmy braćmi i mamy z martwych powstać – z Panem Bogiem królować – Alleluja!

Author: Krzysztof Reszka

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *