Pedagogia wprost z ekranu

Otoczeni codziennie przez rozmaite formy mediów – telewizję, prasę, internet, książki – czasami nawet nie zauważamy, jak zmieniają one naszą osobowość. Czy jednak można nazwać to wychowaniem? A jeśli tak – to kto jest wychowawcą?


DROGA WYCHOWAWCY

W starożytnej Grecji paidagogiem był niewolnik, a nazwę jego funkcji na polski trzeba by przetłumaczyć jako „dzieciowód”. Do jego obowiązków należało zawiedzenie dzieci pana do nauczycieli i odprowadzenie ich z powrotem. Te czasy już minęły, jednak jedna rzecz trwa. Pedagog wciąż ma na celu przeprowadzić wychowanka z punktu A do punktu B, choć dziś zamiast o zmianę położenia chodzi o zmianę osobowości. Współczesny pedagog nie tylko ma przekazać wiedzę, ale także ukształtować psychikę podopiecznego. Każdy, kto choć raz próbował uczyć w szkole widzi, że nauczyciel ma marne szanse w starciu z telewizją, internetem czy choćby darmowymi gazetami. Media, które powinny być pośrednikami, bardzo często kreują rzeczywistość zupełnie różną od prawdy. Dotyczy to zresztą nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Wszyscy jesteśmy pod wpływem tego, co widzimy, słyszymy, czytamy, a niekiedy i wąchamy. Nie bez przyczyny wszystkie totalitaryzmy zaczynały od likwidacji wszelkich wolnych mediów i zapewnienia sobie monopolu na dostęp do masowego przekazu.

Aby mówić o prawdziwym wychowaniu, musi być to być proces przebiegający według jakiegoś planu, do którego realizacji stosowana jest konkretna metoda i który jest na bieżąco oceniany i weryfikowany. Można mówić o wychowaniu pobocznym, gdy ktoś nieświadomie wpływa na innych – dlatego np. w ramach „wychowywania w trzeźwości” staramy się usuwać pijaczków z parku. Dziś jednak interesuje nas konkretny plan wychowawczy, widoczny w mediach.

Zacznijmy od pytania: kto jest wychowawcą? Czy tylko ten, kto kontroluje przebieg zmian w świadomości odbiorców, czy także ten, kto nie jest do końca świadomy skutków swoich działań i tylko wykonuje polecenie naczelnego? Pytanie to jest istotne, gdyż pytamy także o moralną odpowiedzialność za to, co dzieje się z ludźmi pod wpływem kontaktu z mediami. Dziennikarz epatujący na co dzień surowymi sądami opartymi na lichych przesłankach zachęca do tego samego czytelników, nawet jeżeli zmusza go do tego linia wizerunkowa pisma. Największa jest jednak odpowiedzialność tych ludzi mediów, którzy przeświadczeni o swojej misji celowo działają tak, by przekonać widzów do swojej racji i starają się stworzyć pewien wzorzec zachowań. Czasem jednak prawdziwymi wychowawcami nie są naczelni, ale ich idole – czy to filozoficzni czy nauczyciele medialnego fachu. Na muzykę emitowaną w mediach mają wpływ nie tylko sami twórcy, ale też właściciele rozgłośni i telewizji, doradcy i partnerzy życiowi piosenkarzy, dominujące na spotkaniach towarzyskich poglądy, działacze na nich obecni… Nie bez znaczenia jest też grupa sponsorów, którzy płacą i wymagają.

Jakimi metodami posługują się medialni wychowawcy? Można mówić o ideowym marketingu pozytywnym i negatywnym. Pozytywny polega na budowaniu marki danego poglądu czy zachowania w oparciu o jego własne cechy. Medialny pedagog stara się przekonać odbiorcę, że dana postawa jest atrakcyjna, dobra i popularna. Dokonuje tego na przykład poprzez postaci pozytywne w serialu czy filmie – zwłaszcza, gdy grają je znani i lubiani aktorzy. Ludzie chętnie naśladują zachowanie (a także ubiór czy sposób wypowiadania się) swoich ulubieńców. Historie toczące się wśród swoistych elit, pełne barw i bogactwa, budują wyobrażenie jak się „żyje naprawdę” i co myślą „młodzi, wykształceni z wielkich miast” albo jak zachowują się ludzie, którzy osiągnęli sukces w Holywood. Przykładem niech będzie tu serial „Ranczo”, którego główna bohaterka, oprócz wielu sympatycznych cech, jest także chodzącą reklamą miłości do Unii Europejskiej i liberalizmu moralnego, zmieniającą szarą, polską wieś w mały raj na ziemi.

Z drugiej strony mamy marketing negatywny, którego domeną są czarne charaktery i wszelkie nurty apokaliptyczne. Chodzi tu o to, by pewną ideę, system wartości, czy zachowanie przedstawić jako złe, ujmujące człowiekowi i niezgodne z aspiracjami wychowanka. W najprostszej formie mamy tu klasyczne: „Jak się nie będziesz uczył, skończysz kopiąc rowy” (na co uczeń odpowiada, że operator koparki zarabia cztery tysiące, a nauczyciel półtora). Wracając do przykładu „Rancza” ten czarny PR dotyka głównie obrazu polskiej wsi – biednej, zapijaczonej, gdzie ludzie nie wiedzą, jak się zabezpieczać przed niechcianą ciążą i pędzą bimber, a ich życie kontrolują chciwy wójt i oderwany od rzeczywistości proboszcz. W innych produkcjach widzimy więc nie tylko całą galerię alkoholików, łotrów czy wręcz zbrodniarzy, ale także ludzi po prostu nieprzystających do wizji świata reżysera czy redaktora. Idea „zła” przedstawiana jest jako prowadząca do eskalacji problemów i może być usunięta tylko przez ideę dobrą. Chyba, że w zamyśle jest zostawić odbiorcę z wizją, że wszystko jest złe, podłe i zmierza ku coraz to większej degrengoladzie. Totalny czarny marketing też buduje pewne postawy, na przykład niechęć do idealistów – ci wszak zazwyczaj umierają pierwsi, a jeśli nie, to na pewno z poczuciem bezsensu swoich starań.

BYĆ TO MIEĆ

Znamy już cele i podstawowe narzędzia. Zastanówmy się nad głównymi nurtami wychowania obecnymi w mediach. Pierwszy, pozbawiony „ciała zarządzającego” to nurt materialistyczny. Wynika on z przyjętego w XX wieku kultu konsumpcji i mitu bycia wiecznie młodym, bogatym i szczęśliwym jako celu istnienia człowieka. Całe życie podporządkowane jest spełnieniu zachcianek, potrzeb, aspiracji, a każda chwila smutku jest jedynie sygnałem, że trzeba szybko coś skonsumować albo kogoś użyć, aby się poczuć lepiej.

Paradoksalnie, nurt ten wywodzi się z czasów kryzysu. Kolorowe filmy kręcone w Hollywood od czasów Wielkiego Kryzysu i po II wojnie miały zachęcać do przełamania niepokoju (objawiających się odkładaniem pieniędzy w skarpecie) i życia jak dawniej (to znaczy: „do wydawania”). Cel wychowawczy był w sumie ekonomiczny – podniesienie obrotów w państwie zmęczonym krachem na giełdzie, a potem stratami wojennymi. Efekt jednak odbił się na sposobie myślenia Amerykanów, którzy znów uwierzyli w amerykański sen. W czasach, gdy w mediach nie było miejsca na pesymizm, musiało wyrosnąć pokolenie przeświadczone o potędze własnego kraju i o tym, że każdemu w sumie należy się własny dom z podjazdem, a benzyna musi być tania, bo po Route 66 trzeba gnać kabrioletem z silnikiem V8 (Made in USA, rzecz jasna, a nie jakąś europejską miniaturką).

Ten nurt przedostał się do Europy i reszty świata, sącząc w uszy słodkie słowa o tym, że każdy może wyrwać się ze slumsów i zamieszkać w pałacu. Jednocześnie amerykański sen przyzwyczajał ludzi do estetyki rodem z reklam, gdzie wszyscy są piękni, młodzi, bogaci i szczęśliwi dopiero po konsumpcji. W dzisiejszych czasach ten trend uległ lekkiemu utemperowaniu. Ale tylko lekkiemu – nieliczne filmy pokazują szczęście osiągane pomimo ubóstwa. Wciąż najchętniej filmowcy sięgają po co najmniej klasę średnią, którą stać na to, by własnym samochodem pojechać na zakupy, wrócić z torbami i pomachać przed ekranem najnowszym smartłoczem. W końcu budżet jest napięty, a producent chętnie zapłaci, by widz był przekonany, że jego laptop/chipsy/samochód są istotnym elementem życia, które tak chcą naśladować miliony fanów.  W Polsce taką propagandę widzimy w wielu serialach, ale ikoniczny wręcz jest konsumpcjonizm w „Rodzince.pl”. Wszyscy członkowie familii Boskich są skupieni na konsumpcji, zaspokajaniu swoich potrzeb, co jest zakrywane przez wytarte frazesy i podkreślane przez chętne wykorzystywanie ich wizerunku w reklamach.

Cel takiego wychowania jest prosty: sprawić, by ludzie skupiali się na tym, co posiadają, na napędzaniu zysków sponsorom. Służy temu przede wszystkim pozytywny marketing, ale to wartościowanie nie pozostaje bez równowagi. Tam, gdzie bogaty jest szczęśliwy, biedny musi być smutny. Telewizja jest przesycona reklamami do tego stopnia, że trudno odróżnić, co jest lokowaniem produktu czy idei a co jedynie przypadkowym pokazaniem logo, a reklamy potrafią trwać połowę czasu emisji filmu. Najmocniej chłoną to dzieci, bo też i skierowana do nich reklama jest najbardziej sugestywna i bezpardonowa. Od najmłodszych lat są one przekonywane do tego, że „najfajniejsze” są zeszyty z księżniczkami Disneya, a pióro z Zygzakiem McQueenem ładniej stawia kreski. Dziecko ze zwykłym zeszytem może czuć się gorsze – a nawet powinno. Tym bardziej, że supermarkety celowo tak ustawiają ekspozycję, by na poziomie oczu dziecka były produkty droższe i markowe, często znane z telewizji.

Takie wychowanie tworzy również buntowników. Efektem sprzeciwu wobec konsumpcji Ameryki z lat powojennych były ruchy hippisowskie, zręcznie wykorzystywane przez komunistów, którzy woleli, by Amerykanie zapuszczali długie włosy i palili trawkę, a nie jeździli do Korei czy Wietnamu walczyć z rewolucją w imię swojej rzekomej dziejowej misji. Wiele ruchów anarchistycznych jest efektem buntu wobec świata, który wychowuje tylko do tego, by mieć.

WOLNY ALBO MARTWY

Drugi nurt współgra z tym pierwszym, materialistycznym, gdyż idea wolności jako najwyższego prawa człowieka doskonale współgra z prawem do kupienia czegokolwiek, czego się chce. Tu można wskazać już pewne „główne ciała pedagogiczne” w postaci wielkich instytucji takich jak WHO, ONZ czy rządy poszczególnych państw, dbających o to, by w różnych regionach świata przestrzegano stale aktualizowanej mapy granic wolności. Także niektóre pozarządowe organizacje wytyczają trendy światopoglądowe, decydując, co jest liberalne, a co godzi w wolność jednostki. Ich dokumenty nieraz znajdują odbicie w języku, jakim wypowiadają się ludzie mediów. Dziennikarze, celebryci, gwiazdy sportu i kina starają się przekonać świat, że są po właściwej stronie – a jako autorytety pociągają za sobą innych. A nie mając nad sobą żadnego wyższego źródła moralności, twórcy nowych idei wolności ograniczani są tylko swoją własną wyobraźnią.

Próby utworzenia „prawdziwie wolnego człowieka” tam, gdzie zdaniem tych pedagogów swoboda myślenia, wyrażania swoich poglądów i wdrażania ich w życie wciąż są krępowane, odbywa się najczęściej na zasadzie odniesienia do „krainy szczęśliwości”. Za komuny w Polsce był nią Związek Radziecki. Dziś cały chcący być cywilizowanym świat patrzy na Stany Zjednoczone i Unię Europejską, a i one chętnie promieniują na cały ziemski glob swoją własną wizją raju na ziemi. Powstające tam filmy, książki, telewizje stamtąd nadające tłumaczą widzom od bieguna do bieguna, jakie wybory życiowe są dobre, a jakie złe. Oczywiście nie brakuje też czarnego marketingu – przykładów braku poszanowania dla wolności w krajach opornie przyjmujących nowe nauki.

Swoistą droga „wychowywania do wolności” (w cudzysłowie, gdyż  z prawdziwą wolnością ma to niewiele wspólnego) jest taktyka stopniowego oswajania z kolejnymi poziomami przekraczania granic. Tak działała pornografia – w Ameryce działały dwa jej nurty. Jeden był otwarcie brutalny, pozbawiony szacunku do kobiet i bluźnierczy. Drugi – reklamowany jako „niewinne świerszczyki”, swoisty rodzaj sztuki, odrobina pikanterii. Im bardziej nurt oficjalnie wulgarny nurzał się w szambie, tym większa była tolerancja dla tego, co oferował swoim czytelnikom Playboy. To, co było niewyobrażalne w latach 60. ubiegłego stulecia – naga sesja, dziś stało się normą i wręcz synonimem prawdziwego medialnego sukcesu kobiety. A wszystko w imię prawa do pokazywania swojego ciała jak się chce. Ci, którzy oburzają się na upadek obyczajów są w opinii społecznej bigotami. Także klimat wielu produkcji filmowych służy przekonaniu młodzieży, że w Stanach jak najbardziej normalny jest przygodny seks w czasie studiów a inicjacja seksualna nigdy nie odbywa się w łożu małżeńskim.

Bardzo chętnie wykorzystywanym motywem jest konflikt pokoleń. Jeśli ktoś ze starszego pokolenia wpada na dobre pomysły czy stanowi oparcie dla młodego człowieka, to tylko wtedy gdy sam jest „młody duchem”. Jest to komunikat skierowany w stronę i dzieci i rodziców: jednym pokazuje się, jacy powinni być dziadkowie godni szacunku. Niewielu filmowców jest też w stanie powstrzymać się od pokazania jakiejś starszej pani, która oficjalnie jest konserwatywna, ale skrycie popiera nowe trendy.

Tak rozumiana wolność opiera się także na zasadzie, że o dobru i złu decyduje człowiek, chwila, kontekst. Systemy filozoficzne budujące w oparciu o uniwersalne wartości zdają się nieadekwatne do realiów, sztywne i niewolące. Media zderzają te „więzy zasad” z „siłą uczuć”. Przykładem niech będzie tu kanał RomanceTV, który w swojej ramówce ma niemal wyłącznie niemieckie ekranizacje powieściowych romansów. Ulubionym motywem niektórych autorów jest ksiądz łamiący konwenanse – najczęściej celibat. Subiektywne odczucia przedstawiane są jako ważniejsze od obiektywnych argumentów.

Medialne wychowanie do wolności jest bardzo często postawione w pustce jeśli pytamy o konsekwencje. Kult życia wykorzystanego w stu procentach wykorzystuje ideę amerykańskiego snu (także w wydaniu europejskim), rzadko kiedy przedstawiając skutki preferowanego stylu życia. Myślenie subiektywistyczne objawia się moralnością opartą na osądzie własnego sumienia – byle nie stłamszonego przez „system”, wtedy musi przyjść z pomocą wyzwolony przyjaciel/przyjaciółka/wyluzowany dziadek.

ZCHAMIENIE POSTĘPUJĄCE

Trzeci nurt, zupełnie chaotyczny i bezładny podpada pod „wychowanie przypadkowe”, jednak jest ściśle powiązany z dwoma poprzednimi nurtami. Tabloidy, bo o nich mowa, działają w duchu materialistycznej pogoni za pieniądzem oraz korzystając i włączając się w nurt promocji wyzwolenia obyczajowego. Stopniowo oswajają one swoich odbiorców ze skandalem i krwawą zbrodnią. Spójrzmy na okładkę przeciętnej „bulwarówki”: wiele obrazów, mało treści, czcionka gruba, często krwistoczerwona, zdjęcia celowo rozmazane. Teksty pełne przymiotników o zabarwieniu emocjonalnym: „brutalne”, „zbrodniczy”, „szalona”, „zboczony”. Podobnie ma się sprawa wszystkich talk-showów opartych na skandalizujących tematach typu: „Wariograf pokaże, czy mnie zdradzasz” czy „Moja żona jest facetem”. Polska dopiero ściga tu Zachód i daleko nam do Oprah Winfrey czy Jerry'ego Springera.

To wszystko oddziałuje na odbiorców. Czy ktokolwiek zna człowieka czytającego głównie „Fakt”, „Super Express” czy oglądającego paradokumenty, który by nie postrzegał świata w perspektywie historii, które poznał w tych mediach? Surowe oceny moralne (tabloid nie może sobie pozwolić na obiektywizm czy ostrożność) sprawiają, że i czytelnicy chętnie w takim kluczu i stylu wypowiadają się o swoich sąsiadach. Nie da się wytłumaczyć, że to sprzeczne z zasadami chrześcijańskimi – wszak „Fakt” to bardzo pobożna gazeta, zawsze dają medalik na święta maryjne. Ten sam czuły na problem z islamem czy demoralizację nieletnich wydawca codziennie pokazuje goliznę na ostatniej stronie, co wielu kioskarzy ignoruje wystawiając tę gazetę na witrynę czy w specjalne wiszące ekspozycje.

Media oswajają nas także z przemocą. Jeszcze w latach 70. trudno było o naprawdę krwawy film. Tak w amerykańskich westernach, jak w swojskich „Czterech pancernych” człowiek trafiony w pierś chwytał się za serce i padał. Dziś efekty specjalne pozwalają na ukazanie wnętrzności w pełnej „krasie”. Realizm bardzo często ustępuje pragnieniu stworzenia efektownego widowiska, a co za tym idzie wykorzystywane są w pełni możliwości, jakie dają komputerowe programy czy zdalnie sterowane modele. Oswaja to z przemocą, sprawiając, że dzieci często widza walkę między sobą jako atrakcyjną rozrywkę, a dorośli są w stanie obojętnie przejść obok krwi w prawdziwym życiu.

ZAMIAST PODSUMOWANIA

Widzimy, ze w mediach obecne są różne nurty. Czy można mówić o istotnym udziale Kościoła w medialnym wychowaniu? Wszak posiada on swoje telewizje, radia, gazety, w telewizji publicznej mamy programy dla dzieci i transmisje Mszy. Czy polscy katolicy wykorzystują ten potencjał, by poprzez środki masowego przekazu sprawiać, by Polacy byli lepszymi chrześcijanami? Czy może zasklepiamy się w gronie stałych czytelników i przekonujemy przekonanych?

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *