Polacy nie lubią innych

Gdy tylko zagłębimy się w naszą historię, nie dziwi, że Polacy czują niechęć do imigrantów.


Od początku swojej historii musieliśmy walczyć z „innymi”, którzy otaczali nas prawie ze wszystkich stron. Pierwsze wojny Piastów? Z Niemcami, czyli tymi, którzy „nie mówią”, posługują się niezrozumiałym językiem, reprezentują inną kulturę, tradycje. Z Rusinami – niby również Słowianami, ale sojusznikami cesarza wschodniorzymskiego, ochrzczeni przez misjonarzy z Konstantynopola, dziś rzeklibyśmy – wyznającymi prawosławie.

Z pogańskimi Pomorzanami, Prusami, Jaćwingami. Nawet Czechy zostały szybko zdominowane przez Niemców i rozpoczął się kilkusetletni proces ich germanizacji. Po drodze oczywiście kilka najazdów straszliwych Mongołów, ludzi wręcz z innego świata, i to pod każdym względem – wyglądu, obyczajów, języka, religii…

Jedyną w miarę pokojową była relacja z Węgrami, co prawda odmiennymi kulturowo, jednak zamieszkującymi tereny z wielkimi, trudnymi do przebycia Karpatami, które same w sobie tworzyły poważne utrudnienie w potencjalnych wojnach. Inna sprawa, że mieliśmy tych samych przeciwników – Czechów, Niemców czy Rusinów, później Turków i Tatarów. A jak wiadomo, wspólny wróg potrafi zjednoczyć.

Nawet Krzyżacy, a więc zakon katolicki, walczący z wrogami Polski i religii – pogańskimi Bałtami, stał się bardzo szybko przeciwnikiem naszych przodków. Polacy walczyli co prawda z Niemcami w czasach Mieszka, Chrobrego czy późniejszych Piastów, ale nasza niechęć do tego narodu to właśnie zasługa Zakonu Krzyżackiego.

Znamienne, że Maria Konopnicka w „Rocie” pisała o „krzyżackiej zawierusze” zaraz obok zapewnienia, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Przeciwko nim sprzymierzyliśmy się nawet z pogańską Litwą, ale jej „inność” szybko zaczęła odchodzić w zapomnienie – elita państwa litewskiego bardzo szybko się spolonizowała. Krzyżaków co prawda pokonaliśmy, miał miejsce sławetny Hołd Pruski, jednak pokonany wielki mistrz Albrecht Hohenzollern zmienił jednak państwo zakonne, katolickie, podległe w pewien sposób papieżowi i cesarzowi, na świeckie, i do tego protestancki!

A więc znów inność – do niemieckości doszła reformacja, zdrada wcześniejszych ideałów i suwerenów, wszak papież i cesarz byli oficjalnymi zwierzchnikami świata katolickiego. Kolejny raz okazało się, że Polacy mają obok siebie „innych”, obcych, i to jeszcze oportunistów.

Pod koniec średniowiecza pojawiło się zagrożenie ze strony Tatarów i Turków, ludów azjatyckich, wyznających islam, niespotykanie wręcz agresywnych. Kopyta ich koni deptały kolejne ziemie, pod ciosami ich szabel padały kolejne państwa, ostatecznie zajęli prawie całe Bałkany, zdobywając Konstantynopol i ostatecznie niszcząc Cesarstwo Rzymskie, a także Serbię czy Węgry.

Przez wiele lat uważano, że cała Europa jest zagrożona tą nową i niesłychanie agresywną wędrówką ludów. Najazdy nie oszczędziły i naszych ziem – czasem Tatarzy wpadali na ziemie Rzeczpospolitej kilka razy do roku. Wtedy właśnie ukuł się termin „przedmurza chrześcijaństwa”, którym mieli stać się Polacy i Litwini. Co prawda równie zagrożeni byli Niemcy, przede wszystkim cesarska Austria, ale kto w Polsce by to przyznał!

Z kolei szesnasty wiek, szczególnie jego druga połowa, to okres, w którym powstały dwie nowe, regionalne potęgi. Oczywiście, całkiem odmienne od Rzeczpospolitej. Mowa tutaj o Rosji i Szwecji. Oba państwa znów posiadały odmienny ustrój, kulturę, religię… Nie można też zapomnieć o Kozakach, prostym ludzie ruskim, podnoszącym coraz odważniej głowy na dalekiej Ukrainie.

Wiek siedemnasty to okres wielkich wojen, w trakcie których nasze ziemie przemierzali wszerz i wzdłuż ludzie „inni” – muzułmańscy Tatarzy i Turcy, prawosławni Kozacy i Rosjanie, protestantcy Szwedzi… Wszyscy oni mówili w innych językach, inaczej się ubierali, przynosili ze sobą odmienne obyczaje, tradycje, nawet potrawy… Początek kolejnego wieku nie był inny. Co prawda, w trakcie osiemnastego stulecia zniknęło zagrożenie szwedzkie, tureckie i tatarskie, prawdziwa katastrofa miała dopiero nastąpić…

Rozbiory to jedna z największych traum w naszej historii. Kto nam ją zgotował? Oczywiście, państwa zamieszkałe przez „innych”. Katoliccy byli tylko Habsburgowie, ale to przecież Niemcy, i jeszcze tak pięknie się nam opłacili z odsiecz wiedeńską. Prusacy nie dość, że Niemcy, to jeszcze protestanci, i sukcesorzy państwa krzyżackiego. O Rosjanach nie trzeba wspominać – państwo zarządzane przez absolutnych monarchów, zamieszkałe przez ślepo posłusznych, często prostackich w obejściu ludzi.

Krótko mówiąc – zewsząd zagrożenie ze strony „innych”. Każdy w Polsce ma swój stereotypowy obraz tak Niemca, jak i Rosjanina. O ile poczęły one powstawać wcześniej, tak zdobyły ogromną popularność dopiero w czasach zaborów. Gdy zamykano polskie szkoły, dzieci musiały się uczyć religii po niemiecku lub rosyjsku, w tych samych językach trzeba było załatwiać sprawy w urzędach.

Jakby tego było mało, zaczęły się szykany Kościoła Katolickiego, już wówczas silnie utożsamianego z polskością, z tym, co dla naszych rodaków najdroższe. Kościoły zamykano lub przerabiano na cerkwie czy zbory protestanckie, utrudniano nabory do seminariów czy zakonów. Kolejne powstania gaszono, polskich patriotów ścigano i zamykano w więzieniach. Przez 123 lata byliśmy pod władzą „innych”, i to praktycznie pod każdym względem.

Później nastąpiły dwie dekady spokoju, po których znów dostaliśmy się pod obcy bat. Okupacja niemiecka i radziecka, a później lata podległość ZSRR w czasach Polski Ludowej, na dobre usposobiły Polaków negatywnie do obcych. Dziś mamy najmniejszy odsetek mniejszości narodowych wśród wszystkich państw Europy, i choć głośno się o tym nie mówi, wielu z nas jest z tego dumnych.

Jedni nazwą to ksenofobią, inni przezornością. Paradoksalnie, dziś słyszymy postulaty „Polski dla Polaków”, zaś przed II wojną światową co trzeci mieszkaniec ówczesnej Rzeczpospolitej był innej narodowości – ukraińskiej, niemieckiej, rosyjskiej, litewskiej, żydowskiej… Przed rozbiorami Polacy znani byli z tolerancji, państwa bez stosów”, zamieszkanego przez różnorodne narodowości, których członkowie często zbiegali na ziemie polskie czy litewskie przed prześladowaniami, które groziły im w ojczyźnie.

Obcych się boimy, stanowią oni dla miażdżącej większości Polaków potencjalne zagrożenie, jeśli nawet nie terrorystyczne, to na pewno społeczne. Tyle lat walczyliśmy, często krwawo, o Polskę i wszystko, co można z nią utożsamić – język, religię, tradycje, a teraz ktoś chce nam narzucić przyjęcie tłumów ludzi, którzy reprezentują całkowicie inne wartości. Kiedyś byliśmy otwarci – dziś, po latach traumatycznych i nieprzyjemnych wydarzeń, jest inaczej. Bo lepiej dmuchać na zimne…

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *