Polska przedmurzem chrześcijańskiej Europy

Prawdziwy rycerz powinien między innymi bronić słabszych oraz cywilizacji chrześcijańskiej. W Polsce te dwie kwestie przyjęły specyficzną formę, dzięki której nasze państwo nazywano w dawnych wiekach Antemurale christianitatisPrzedmurze chrześcijaństwa.


O takim rozwoju wypadków zdecydowało przede wszystkim położenie geopolityczne Polski. Przez długie lata była ona najbardziej wysuniętym na wschód bastionem katolicyzmu w Europie. Dalej znajdowali się tylko prawosławni Rusini oraz poganie – Prusowie, Jaćwingowie, Litwini oraz Tatarzy. Już w korespondencji Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego z papiestwem znajdujemy odniesienia do Polski jako państwa, które pierwsze jest narażone na ataki schizmatyków i pogan, i jak tarcza czy mur musi bronić resztę europejskiej wspólnoty chrześcijańskiej. Na przełomie XIV i XV wieku na kilka dekad zaprzestano używania tego rodzaju terminów – Polska i ochrzczona już Litwa walczyła wówczas z Zakonem Krzyżackim, który w zachodniej Europie lansował się jako jedyny obrońca chrześcijaństwa, przy okazji oczerniając swoich przeciwników.

Upadek Konstantynopola w 1453 roku i ugruntowanie się pozycji sułtańskiej Turcji w Europie na trwałe przywróciło państwom Jagiellonów status obrońców chrześcijańskiej Europy. Za przedmurze wiary uważano również Koronę Świętego Stefana – Węgry. Na wojnie z sułtanem w 1444 roku zginął król Polski i Węgier Władysław, od miejsca śmieci zwany Warneńczykiem. W oczach ówczesnej Europy był on ideałem rycerza, walczącego w obronie wiary katolickiej i tradycji europejskiej z barbarzyńskimi poganami ze wschodu.

Gdy Węgry padły pod naporem potężnych Turków w początku szesnastego wieku, na placu boju pozostały de facto tylko Polska wraz z Litwą, za niedługo złączone w Rzeczpospolitą, oraz państwo joannitów, Wenecja i państwa habsburskie z Austrią na czele. Humaniści, na przykład Włosi Filippo Buonacorsi, znawy Kallimachem lub Niccolo Machiavielli, Niemiec Sebastian Brandt czy sławny w całej Europie Erazm z Rotterdamu widzieli właśnie w Polsce mur, mający osłonić wspólnotę chrześcijańskich państw Starego Kontynentu  przed zagrożeniem pogaństwa i barbarzyństwa ze wschodu. Co ciekawe, taką rolę przypisywali państwu Jagiellonów nawet protestanci, na czele z Filipem Melanchtonem, jednym z najbliższych współpracowników Lutra. Jak widać, nie tylko katolicka Europa obawiała się potęgi Turcji…

Wysoka Porta, jak często zwano państwo tureckie, była od XV do końca XVIII wieku prawdziwym postrachem Europy. Co prawda katolicy płakali nad losem zdobytego Konstantynopola, jednak los słabego w końcu średniowiecza Cesarstwa Wschodniorzymskiego, które odrzuciło wiarę katolicką, pozostawał dla niej obojętny. Państwa katolickie zaczęły się naprawdę niepokoić w drugiej połowie XV stulecia, kiedy Turcy oparli swoje granice na Dunaju i zaczęli zagrażać Węgrom. Było to wówczas państwo wielkie i potężne, rozciągające się od wybrzeża adriatyckich po Karpaty na terenie dzisiejszej Rumunii, oraz od Słowacji po wspomniany Dunaj i ziemie serbskie. Wielkie wrażenie w Europie oraz swoistą psychozę strachu wywołała klęska wojsk węgierskich pod Mochaczem w 1526 roku, gdzie zginął także król tego państwa, Ludwik Jagiellończyk. Zadawano sobie pytanie – jeśli tak bogate, rozległe i wydawałoby się, dobrze zorganizowane państwo upadło pod naporem Porty, to kto się jej oprze?

Wówczas z wielką nadzieją poczęto spoglądać na rozległe i bogate państwa, rządzone przez Habsburgów i Jagiellonów. Ci pierwsi rządzili ziemiami dzisiejszej Austrii, po śmierci Ludwika Jagiellończyka przypadły im również rządzone przez niego Czechy i Węgry. Habsburgowie zdołali opanować tereny dzisiejszej Chorwacji, zachodnich Węgier oraz Słowacji, resztę zatrzymali jednak Turcy. Stanowiło to poważne zagrożenie również dla Polski i Litwy, które na południowym wschodzie graniczyły z lennikami sułtana – muzułmańskimi Tatarami krymskimi. Od wojowniczej Turcji dzielił Polskę już tylko ponad stukilometrowy pas ziem słowackich. Co prawda na ich terenie poważną przeszkodzę stanowiły wysokie i trudne do przebycia Tatry, mimo to zdawano sobie sprawę, że odległość jest naprawdę niewielka i Turcy mogą w bardzo krótkim czasie stanąć pod Lwowem czy nawet Krakowem.

Początkowo starano się zachować jak najlepsze stosunki z Wysoką Portą. Zygmunt August zawarł z nią traktat o przyjaźni, zaś Stefan Batory, wcześniej władca podległego jej węgierskiego Siedmiogrodu, był odbierany w Stambule bardzo pozytywnie. W latach jego panowania, to jest 1576-1586, ustały nawet wypady tatarskie na ziemie polsko-litewskie. Sytuacja zaczęła się pogorszać po śmierci Batorego. Coraz liczniejsi stawali się wówczas Kozacy, którzy często z nudów lub z chęci rabunku łupili czarnomorskie wybrzeża Turcji, kilkukrotnie zapędzając się pod sam Stambuł. Nowy król, Zygmunt III Waza, rozważał również podporządkowanie sobie Mołdawii i Wołoszczyzny, będących wasalami sułtana.

Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, aż doprowadziła do wojny lat 1620-21. Na jesieni 1620 roku hetman wielki koronny Stanisław Żółkiewski wyprawił się z kilkoma tysiącami wojska do Mołdawii, gdzie poniósł ciężką klęskę pod Cecorą. Sam hetman stracił życie, a jego zastępca, herman polny koronny Stanisław Koniecpolski dostał się do niewoli. W następnym roku ruszyła wielka wyprawa około stutysięcznego wojska Turcji i jej lenników na Rzeczpospolitą.

Zatrzymały ją wówczas oddziały polskie, litewskie i kozackie, zgromadzone pod Chocimiem nad Dniestrem pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego Jana Karola Chodkiewicza. O tym wydarzeniu opowiada „Transakcja wojny chocimskiej” Wacława Potockiego, wydana w 1670 roku i następnie pięć lat później. Jest to jedno z dzieł, które przyczyniło się do ugruntowania w świadomości obywateli Rzeczypospolitej jej statusu jako przedmurza chrześcijańskiej Europy.

Niebagatelny wpływ na taki stan rzeczy miała także kontrreformacja, bardzo silna na ziemiach polsko-litewskich w początku XVII wieku. Jej ważnym elementem był rozwój duchowość i religijność rzesz szlacheckich, coraz mocniej podkreślano również związki z papieżem i chęć obrony wiary rzymskiej. To wtedy powstał stereotyp Polaka-Katolika, obrońcy wiary i dzielnego rycerza, walczącego z poganami i wszystkimi, którzy zagrażają cywilizacji europejskiej. Na sztandarach czy też broni żołnierzy pojawiały się symbole religijne – krzyże, wizerunki Jezusa, Maryi czy świętych, śpiewano pieśni religijne, ze słynną „Bogurodzicą” włącznie. Nie tylko rodzimi pamiętnikarze, poeci czy duchowni (np. sławny kaznodzieja, ks. Piotr Skarga) opisywali taki stan rzeczy.

Europa nadal postrzegała Rzeczpospolitą jako swojego obrońcę przed zakusami pogan, przede wszystkim muzułmanów. Dla przykładu: gdy posłowie polscy przybyli w 1573 roku do Paryża, na wzniesionym specjalnie na tę okazję łuku triumfalnym sławiono Polskę i Litwę jako twierdze, broniącą kontynentu przed barbarzyńcami. Także słynny, wszechwładny kardynał Richelieu w liście nadesłanym królowi Władysławowi IV w 1634 roku nazywa jego państwo „przedmurzem chrześcijaństwa”. Według planów kolejnych papieży, Rzeczpospolita miała być jednym z najsilniejszych ogniw planowanych koalicji antytureckich, austriaccy Habsburgowie widzieli w niej najpoważniejszego sojusznika. Węgrzy – mieszczanie, szlachta, artyści – szukali schronienia przed Turkami na ziemiach Polskich.

Jednak po roku 1621 Rzeczpospolita przez dłuższy czas nie była zagrożona bezpośrednią wojną z Turcją. Stosunki między tymi państwami ograniczały się do swoistych gierek militarnych – Kozacy Zaporoscy nadal nękali ziemie sułtanów, a wojska polskie nawet kilka razy do roku musiały odpierać Tatarów na Rusi Czerwonej, Podolu czy Ukrainie (jak zwano wówczas głównie województwo kijowskie, przede wszystkim tzw. Dzikie Pola – stepy na południe od Kijowa). I choć głównym celem ord tatarskich było wzięcie ludności w niewolę – jasyr, oraz kradzież bydła i majątku ruchomego, walka z nimi również była postrzegana bardzo ideologicznie. Miało to miejsce szczególnie w czasie Powstania Chmielnickiego, gdy w latach 1648-1652 Tatarzy krymscy za cichym przyzwoleniem Turcji wspierali Kozaków przeciwko Rzeczypospolitej.

Prawdziwe zagrożenie ze strony Wysokiej Porty nadeszło dopiero w 1672 roku, kiedy znów około stutysięczne siły tureckie stanęły pod Kamieńcem Podolskim, najważniejszą twierdzą Rzeczypospolitej. Stanowiła ona dla Polaków i Litwinów swoisty symbol oporu przeciw poganom ze wschodu, które to poczucie umocniło chociażby wydarzenie z czasu wojny 1620-21, gdy sułtan turecki uznał Kamieniec za twierdzę zbyt potężną i nie zdecydował się na jej zdobywanie. Teraz jednak słabo broniony Kamieniec upadł, czemu winna byłą przede wszystkim szlachta, nie potrafiąca zawczasu porozumieć się miedzy sobą w obliczu tak poważnego zagrożenia.

Upadek tej potężnej i symbolicznej twierdzy spowodował jednak taki szok, że od razu postanowiono wystawić wielką armię. Jej dowództwo objął hetman wielki koronny Jan Sobieski, który już 11 listopada 1672 roku odniósł wielkie zwycięstwo nad Turkami, zamkniętymi w twierdzy chocimskiej. Dokładnie w tym samym miejscu, gdzie pięćdziesiąt jeden lat wcześniej Polacy, Litwini i Kozacy odpierali ataki armii sułtańskiej. Zwycięstwo było doprawdy wspaniałe – Polacy nie posiadali zdecydowanej przewagi liczebnej nad przeciwnikiem, mimo to udało im się zdobyć umocniony obóz; ostatecznie z około trzydziestopięciotysięcznej armii tureckiej uszło z życiem jedynie około pięć tysięcy wojowników.

Odbiło się ono wielkim echem w Europie, imię Sobieskiego, zwanego od tej pory przez Turków „Lwem Lechistanu” stało się sławne na całym kontynencie, zaś wiktoria chocimska stała się głównym argumentem w wyborze na króla. Po Chocimiu Sobieski jeszcze przez kilka lat walczył z Wysoką Portą i Tatarami, nie udało mu się jednak odzyskać Kamieńca.

Chyba największe znaczenie propagandowe w zapamiętaniu Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa” miało zwycięstwo w bitwie pod Wiedniem. Króla Sobieskiego spotkał wielki honor, gdy wybrano go wodzem połączonych wojsk polskich, habsburskich i zjednoczonych państw niemieckich. Bitwa ostatecznie powstrzymała ekspansję Turcji w Europie, uratowała całe cesarstwo niemieckie, a zapewne także Rzeczpospolitą.

Sobieski stał się jednym z bohaterów świata chrześcijańskiego, z całego świata spływały na jego ręce gratulacje od królów czy książąt, zaś papież obdarzył go honorowym i bardzo poważanym tytułem „Obrońcy Wiary”. Sam Sobieski nie dożył zakończenia wojny z Turcją i powrotu Kamieńca do Rzeczpospolitej – nastąpiło to za panowania jego następcy, Augusta II, na mocy pokoju zawartego w Karłowicach w 1699 roku. Od tego czasu Turcja ani Tatarzy nie najechali już nigdy ziem polskich i litewskich.

Przy braku zagrożenia ze strony islamu, mit Polaków jako obrońców wiary katolickiej i cywilizacji był w Europie dużo mniej popularny, zaś na ziemiach polskich nigdy nie poszedł w zapomnienie. Co prawda osłabł w epoce saskiej, wzmógł się zdecydowanie w końcu osiemnastego i początku dziewiętnastego wieku. Wspomnienie „przedmurza chrześcijaństwa” było jednym ze środków w wojnie ideologicznej z zaborcami, przede wszystkim Rosją.

Chyba ostatni raz ów termin został użyty w tym znaczeniu w trakcie wojny polsko-bolszewickiej. Jednak nawet w świadomości dzisiejszych Polaków można znaleźć jego pozostałości – jako naród lubimy przecież powoływać się na swoje rycerskie cnoty, odwagę i waleczność, chęć obrony wartości katolickich i europejskich.

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *