Przez śmiech do serca

Jeszcze przed seansem obiecałam sobie, że – wbrew (a może nawet na przekór?) frekwencyjnej przewadze recenzji wartościujących pozytywnie – znajdę w najnowszym filmie Szumowskiej jakieś niedostatki, które z powodzeniem (i hukiem) będą mogły przekłuć balon medialnego szumu wokół „Body/Ciało”. Z fałszywą przykrością muszę jednak przyznać swoją porażkę. A jednocześnie duży sukces reżyserki.


Z jednej strony „Body/Ciało” to produkcja, która nosi znamiona bardzo charakterystyczne dla filmów Małgorzaty Szumowskiej. Kolejny raz współpraca z Michałem Englertem zaowocowała dziełem, które – poprzez oryginalny ale powielany przez tę dwójkę filmowców sposób operowania kamerą, a co za tym idzie metoda kreacji świata i jego obrazu – ujmuje widza swoją werystycznością, ponieważ pokazuje „dzianie się” na ekranie z nieruchomej perspektywy obserwatora. Ta technika nagrywania decyduje o swoistości filmów Szumowskiej i w mojej ocenie ma niebagatelny wpływ na odbiór przekazu.

Z drugiej jednak strony, poza jakościami technicznymi łączącymi cztery ostatnie produkcje tej reżyserki,  zainteresowania tematyczne zostają przesunięte w stronę innej, znacznie bardziej uniwersalnej, problematyki. Homoseksualny ksiądz z „W imię”, prostytuujące się dziewczyny ze „Sponsoringu” czy pretensjonalni i wkurzający do granic możliwości i nerwów bohaterowie „33 scen z życia” zastąpieni zostają – wreszcie – ludźmi „normalnymi”, z ludzkimi historiami za sobą.

Szumowska nie byłaby sobą, gdyby odpuściła sobie zrobienie pstryczka w nos pewnym ludziom i instytucjom. Tym razem jednak nikt nie obrywa (no może poza niezwiązanym z główną fabułą incydentem w tle, kiedy trwa przesłuchanie… kogo? Oczywiście księdza pedofila), a jedynie z pobłażliwym traktowaniem jest wystawiony na delikatny i życzliwy uśmiech pod nosem publiczności, jak np. androgeniczno-hipsterski sprzedawca z logiem Polski Walczącej na szyi czy duszpasterskie ale groteskowo duże „K+M+B” wymalowane na zewnętrznej części drzwi poczciwego acz ciekawskiego sąsiada głównych bohaterów (o ironio – aktor grający sąsiada z klatki nazywa się W. Kowalski).

Najlepszym papierkiem lakmusowym na recepcję publiczności i towarzyszące jej w trakcie seansu emocje niech będzie scena otwierają film, w której „cyniczny prokurator” (od filmowej zapowiedzi pojawia się to określenie w każdej kolejnej recenzji) przyjeżdża na miejsce popełnienia samobójstwa i wraz ze swoją ekipą – bez cienia humanitaryzmu i delikatności należącej się przecież zamarłemu – odcina denata dyndającego na sznurze. Jak jeden mąż, wszyscy zgromadzeni w Czerwonej sali Kina Pod Baranami czujemy niesmak, oburzenie i zdajemy się mówić, że „o nie, z Szumowską to my się nie polubimy”. Mija kilkanaście sekund, i kiedy ekipa prokuratora Koprowicza zajęta jest już swoimi sprawami, nasz wisielec podnosi się z ziemi, otrzepuje z liści brudny kombinezon i idzie – najpewniej tam, skąd przyszedł – pod budkę sklepową. Wszyscy wydychamy z ulgą, śmiejmy się niepewnie i obiecujemy sobie, że drugi raz na seansie to już nie damy się Szumowskiej nabrać.

To mądry film, dojrzały. Porusza tematy ważne, ostateczne (ale z punktu widzenia tych, co zostają, a nie tych, co przeszli „na drugą stronę”). Bliżej mi do zgody z Wojciechem Engelkingiem, który napisał, że <Twórczyni "33 scen z życia" (…) udało się ominąć pokusę taniej metafizyki i rechotliwego humoru – i stworzyć swój najlepszy film>, niż z recenzentem Newsweeka, dla którego „Body/Ciało” to tylko <cierpienie bez emocji>. Wcale nie uważam, że Szumowska zapomniała o mocnych akcentach, o które w opinii Łukasza Rogojsza film zaciekle się upominał. Jak dla mnie, była to świadoma decyzja reżyserki i to właśnie rezygnacja z takich jakości pozwoliła stworzyć film, który niczyjego światopoglądu, ani wiary kogokolwiek (w cokolwiek) podszczypywać nie musi. Kto liczył na łzy, wcale nie musi czuć się zawiedziony. „Body/Ciało” dostarcza kilku scen, przy których można śmiało płakać… ale ze śmiechu. Trudno żarty i komiczne sceny wplecione w fabułę filmu (a raczej towarzyszące kolejnym scenom na zupełnie luźnej zasadzie, bo zwykle nie są tematycznie związane z problematyką) nazwać czarnym humorem, co z resztą robi sama pani reżyser, a tłumy recenzentów, dziennikarzy i amatorów pióra powtarza bezrefleksyjnie jak dzieci w przedszkolu. To humor sytuacyjny ale bardzo wyszukany, inteligentny i na pewno nie obrazoburczy.

Ani parodiowa kreacja terapeutki Anny, która potrafi kontaktować się ze zmarłymi, ani nawet scena, w której Olga wyznaje ojcu, że to ona sama zapisała kartkę pozostawioną w szufladzie dla przekazu od zmarłej, niczego nie wykluczają, ani niczego nie przesądzają. Szumowskiej nie zależało na tym, aby odkrywać, a tym bardziej żeby demaskować jakieś prawdy. Stworzyła film z wyobrażeń różnych ludzi o ciele, duszy i śmierci, i na równie różne wyobrażenia pozwala odbiorcy po projekcji filmu. Jak się zdaje, prędzej chce do nas powiedzieć, że każdy ma swoją prawdę, niż drwić z jakiegokolwiek poglądu, choć ostatnia scena filmu pozostaje wymowna w tym sensie, że nadzieja (i ukojenie) ma płynąć raczej z kontaktu z człowiekiem – ale jednak z tym żywym.

Author: Aleksandra Kocoń

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *