Internetowi Polecacze Książek

Pradawny konflikt między nowymi mediami a starymi, dobrymi książkami nie jest wojną na śmierć i życie. Obie metody przekazywania sobie wiedzy za pomocą liter nawzajem się wspierają i uzupełniają. Być może odbywa się to nawet z większą korzyścią dla książek.


Dawno, dawno temu najczęstszym sposobem zyskiwania popularności przez książkę było to, że się podobała czytelnikom i oni przekazywali swoją opinię znajomym. Najbardziej ekstrawaganckim rodzajem polecenia był list, a większość opinii odbywała się twarzą w twarz, czasem w gronie towarzyskim. Wtedy recenzentem był najczęściej ktoś znany, nie tylko z nazwiska czy przezwiska, ale także z codziennego życia. Swoistym poleceniem „kościelnym” był brak danej pozycji na Indeksie, a potem imprimatur („niech się drukuje”) i bardziej stonowane nihil obstat („nie ma przeszkód”). Potem nastały recenzje w prasie, telewizji. Tam autorytetami byli krytycy, z którymi można się było zgodzić, albo wyzwać ich od niespełnionych literatów, którzy teraz chcą pouczać innych. Nowi „polecacze” są znani głównie z tego, że są znani z mediów, rzadko kto może zweryfikować ich gust. Widzimy ich na tle wielkich bibliotek, ale czy możemy sprawdzić, które z tomów za nimi są najbardziej zczytane, a które jedynie odkurzane co tydzień?

INTERNETOWE KLUBY CZYTELNICZE

Ci mniej lub bardziej znani „polecacze” byli niezbędni każdemu, kto cokolwiek czytał. Raz – że szkoda czasu na ewidentną szmirę. Dwa – że budżet też nie zawsze pozwala na rozrzutność. Do tego dochodzą problemy rodziców: „Czy można tę książkę kupić dziecku pod choinkę? Czy nie padają tam wulgarne słowa? Czy nie przestawia przemocy?”. Podobnie z wyborem książki na prezent. Wszak bestseller nie zawsze oznacza książkę dobrą stylistycznie, a już na pewno nigdy nie oznacza pozycji, która zadowoli każdego.

Wreszcie przyszedł Internet i wszystko wyrównał. Recenzje mogą przybierać różne formy. Pod nickiem może się kryć zarówno bibliofil, który książkę przeczytał od deski do deski dwa razy, jak i ktoś, kto ledwo liznął pierwszy rozdział i wydał wyrok na podstawie braku ilustracji. Anonimowy krytyk nie musi być wcale obiektywny, może być pracownikiem wydawnictwa, które wypuściło na rynek mało znany tytuł i teraz chce go wypromować. Co jak co, ale mało kto podejrzewa swoich znajomych zachęcających do lektury o znajdowanie się na liście płac przemysłu wydawniczego. A jak jest w sieci?

XIĘGARNIA, GDZIE LUBIMYCZYTAC

Kto szuka podpowiedzi, czy dana pozycja spełni jego oczekiwania, może liczyć na wsparcie ze strony kilku portali. Jak jednak ocenić ich przydatność dla czytelnika poszukującego porady? Niemal każdy z nich korzysta z możliwości, jakie daje Internet: pojawiają się nie tylko recenzje pisane, ale także filmiki o książkach, (których sporo możemy znaleźć zwłaszcza na xięgarni.pl), taka strona ma swój facebookowy czy twitterowy profil, organizuje wydarzenia, informuje o cudzych inicjatywach, a także publikuje informacje zaledwie orbitujące wokół tematów książkowych, jak na przykład regulacje prawne. BookHunter oferuje bazę adaptacji filmowych, teatralnych i innych, która pozwala łatwo zobaczyć, kto i jak mierzył się z literackim oryginałem.

Ale to za mało. Obejrzeć filmik, przeczytać recenzję, wziąć udział w wydarzeniu to zbyt prywatne doznanie jak na dzisiejsze czasy. Stąd portale o książkach nabierają cech społecznościowych. Lubimyczytac.pl oferuje możliwość zaszufladkowania książki do odpowiedniej kategorii: „przeczytane”, „mam na półce” czy „chcę przeczytać”. W ten sposób tworzy się swoista wirtualna półka, którą można się pochwalić. Trudno jednak zweryfikować, na ile to prawda, a na ile czcze przechwałki. Pozostaje otrzaskać się z książkami i konkretnymi użytkownikami na tyle, by wiedzieć, czyja opinia to efekt uważnej lektury, a kto opiera się na krążących w sieci innych opiniach. W tym pomoże klasyczny quasifacebookowy system znajomych, obserwujących i obserwowanych, a także grup dyskusyjnych. Portal udostępnia też kilka lektur za darmo.

NOWA FORMA, STARE PROBLEMY

Choć jest większa anonimowość, to jednak internetowy system poleceń niewiele się rożni od tradycyjnych form – przez znajomego, przez krytyka prasowego czy telewizyjnego. Tym bardziej, że wśród recenzentów są także sygnujący się swoim nazwiskiem pisarze czy znawcy literatury. Wciąż zachwyt choćby dwudziestu internautów może być jedynie efektem ogólnej klaki, z której wyłamać się jest troszkę niegrzecznie i ryzykownie. Tak samo w drugą stronę: czy można napisać coś dobrego o pozycji uważanej powszechnie za gniota? Gdy pytamy o książki historyczne czy popularnonaukowe, musimy pamiętać, że nie każdy internauta jest fachowcem – wyśmiewany przez historyków i biblistów Kosidowski jest lubiany i miło wspominany przez laików jako lektura z czasów młodości.

Spora część książek nie doczekuje się komentarzy na swoim „wallu”, niektórych nie znajdziemy w ogóle. Czasem recenzje są tak skąpe, że trudno z nich cokolwiek wywnioskować poza najbardziej ogólnymi wrażeniami. Niekiedy redaktorzy dają się ponieść i nabierają cech krytyków znanych z telewizji czy gazet, z wyższością podchodząc do ocenianego dzieła, autora, a nawet wszystkich, którzy mogliby mieć inne zdanie na ten temat.

Portale książkowe niewiele wniosły do sposobu zbierania informacji o książkach. Jest szybciej, oferta jest bardziej bogata, ale wciąż opiera się na tym samym systemie, co w czasach „analogowych”. A może właśnie to jest siła tych stron? Połączenie siły krytyków medialnych z social media, gdzie każdy może wyrazić swoją opinię, może mieć przyszłość.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

1 Comment

  1. Aplikacja MeForYou działająca na Androidzie. Zachęcam do zainstalowania i dzielenia się tam tytulami książek wartych przeczytania. Między innymi z tą myślą został stworzony tam dział o książkach 🙂 To chyba dobre nawiązanie do powyższego artykułu. Jeden z pomysłów na przekazywanie sobie informacji o dobrych książkach 🙂

    Post a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *