„Rozwód” po kościelnemu

Jakiś czas temu w mediach nośny był temat „katolickich rozwodników”. Dlaczego katolicka teologia nie uznaje rozwodów i czy istnieje opcja „unieważnienia” małżeństwa?


Małżeństwo jest jedną ze spraw, które zdają nam się jednym z oczywistych elementów życia społecznego i rodzinnego. Coraz częstsze są jednak przypadki, gdy małżonkowie rozchodzą się i decydują się na cywilny rozwód. „Problem” pojawia się, gdy w grę wchodzi także „ślub kościelny”, zawarty przed Bogiem i ludźmi. Skąd w ogóle pomysł, by małżeństwo było nierozerwalne, skoro inni chrześcijanie świetnie się czują z rozwodami?

Klauzula Mateuszowa

W Ewangelii Mateusza w czasie Kazania na Górze (a więc nowotestamentalnym odpowiedniku nadania Prawa Mojżeszowego na Synaju) Jezus porusza temat listu rozwodowego. Zaczyna od odwołania się do praktyki tradycyjnej (5, 31): „Powiedziano też: Jeśli kto chce oddalić swoją żonę, niech jej da list rozwodowy”. List rozwodowy znany był Żydom już od czasów Mojżesza, który zezwolił oddalać żony, gdy mężowie znajdą w nich coś „odrażającego” (Pwt 27, 1). Egzegeci żydowscy, rabini i talmudyści w późniejszych wiekach interpretowali to różnie – jedni ograniczali „coś odrażającego” do niewierności małżeńskiej, drudzy twierdzili, że oddalić żonę można nawet, gdy ta ugotuje coś niestrawnego.

Jezus odnosi się do tego nurtu i ustanawia nowy porządek, a właściwie powrót do stanu pierwotnego: (5, 32) „Każdy, kto oddala swoją żonę – poza wypadkiem nierządu – naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa” i później: (19, 4-6) „Czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich jako mężczyznę i kobietę? I rzekł: Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, niech człowiek nie rozdziela”. Powtarza też stwierdzenie o zakazie oddalania żony, poza wypadkiem „nierządu” (porneia).

Warunkowe dopuszczenie rozstania się małżonków znajdziemy tylko u Mateusza. Marek (10, 11-12) i Łukasz (16, 18) zdają się bardziej stanowczy. Stało się to jednak podstawą do podstawowej różnicy między katolikami a protestantami, jeśli chodzi o teologię małżeństwa.  Kościół katolicki uznaje małżeństwo za sprawę religijną do tego stopnia, że nie uznaje ślubu cywilnego – nie ma innego małżeństwa niż sakramentalne. Dla katolika małżeństwo to sakrament, a więc znak łaski Boga, a jako sakrament inicjacji – wyciska pieczęć, niezacieraną i niecofalną. Nie da się anulować chrztu, nie da się odwołać przyjętego bierzmowania i nie da się cofnąć święceń kapłańskich. Nie jest możliwe też rozerwanie ważnie zawartego węzła małżeńskiego.

Luter przyjął inną konwencję małżeństwa – jako, że nie załapało się ono u niego na rangę sakramentu, nie jest dziełem Bożym, a raczej pewną umową społeczną, która można rozerwać. Choć wszyscy są uniesieni romantyzmem słów wypowiadanych przy ślubie – „miłość, wierność aż do śmierci”, „co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela” czy tak hołubione w Hollywood „kto zna przyczynę, dla których tych dwoje nie może zawrzeć związku małżeńskiego, niech przemówi teraz lub zamilknie na wieki” – to jednak sens tych formuł wywołuje oburzenie, gdy urzędnik da rozwód, a ksiądz odmówi. A jednak funkcjonuje procedura nazywana „kościelnym rozwodem”. Czym ona jest?

Kwestia kontynuacji

Podstawowa różnica między rozwodem, unieważnieniem a obecnym w Kościele stwierdzeniem nieważności małżeństwa to kwestia stosunku do początku małżeństwa. Rozwód akceptuje istnienie ważnie zawartego związku, ale po prostu w pewnym momencie przerywa jego ciąg, jednak pozostają na przykład skutki prawne. Unieważnienie stwierdza, że małżeństwo było zawarte ważnie, trwało przez jakiś czas, ale po pewnym czasie stwierdza się, że już nie jest ważne i nie pozostawia skutków. Kościół stwierdza nieważność małżeństwa występującą już w momencie jego zawierania, a więc, że nigdy go faktycznie nie było.

Jakie są powody, dla których sąd biskupi (bo to one zajmują się stwierdzaniem nieważności małżeństw) może uznać, że małżeństwa nigdy nie było? Przyczyny te wynikają albo z prawa naturalnego (ojciec nie może poślubić córki, nie można mieć dwóch mężów) albo też z istoty zgody małżeńskiej jako wolnej, świadomej, dobrowolnej, rzeczywistej, wzajemne i równoczesnej. W procesie kanonicznym chodzi więc o to, by ustalić, jaka była faktyczna sytuacja nupturientów (kandydatów do sakramentu małżeństwa) w chwili ślubu. To, co interesuje sąd świecki (np. rozpad pożycia, niezgodność charakterów, zdrada) nie ma znaczenia dla sądu biskupiego, gdyż to, co się stało po sakramencie, nie ma znaczenia. Szczegółowe wyliczenie wszystkich czynników wpływających na ważność zawieranego małżeństwa – przeszkód, wad zgody i tym podobnych – zajęłoby wiele miejsca, a są ciekawsze rzeczy w tym temacie do napisania.

Owoc huraoptymizmu?

Na przykład: dlaczego w ogóle dochodzi do rozejścia się katolickich małżonków i dlaczego procedura stwierdzenia nieważności jest taka najeżona trudnościami, nieznanymi sądom świeckim?  Wynika to między innymi z tego, że żyjemy w świecie, gdzie rozwód jest społecznie akceptowany, tolerowany przez państwo, a bardzo często wręcz promowany. Stanowić ma wyjście z trudnej sytuacji, gdy „to coś”, co na początku sprawiało, że małżeństwo było udane, teraz znikło i nie ma do tego powrotu. Dla państwa ślub to umowa. Skoro zmieniły się warunki – mąż zdradził, pojawiły się problemy finansowe, kłótnie o byle co, to można umowę rozwiązać. A w Kościele się nie da. Ktoś, kto rozwiązał swój związek cywilny, może być (i często rzeczywiście jest, i to bardzo) wściekły, że w Kurii potwierdzili ważność sakramentu. I nowego małżeństwa „kościelnego” zawrzeć nie można.

Problemem jest także to, że czasami sąd biskupi idzie na rękę rozwiedzionym cywilnie małżonkom i nieco na siłę stwierdza wady zgody. Ale winni są i duszpasterze, którzy dość łatwo wyrażają zgodę na zawarcie małżeństwa. Czasami kościelne procedury zdają się niepotrzebnym ciężarem wobec tego, ile jeszcze trzeba zrobić. Wiadomo, wszyscy są zabiegani, niekiedy wszystko jest już zarezerwowane na rok wcześniej, goście na wesele już porozsadzani. Ksiądz miałby czelność nie dość, że zajmować czas (czasami źle prowadzonymi) naukami przedmałżeńskimi, to jeszcze po egzaminie nowożeńcom odradzać ślub?

Problemem są też pewne praktyki, które dopuszczają proboszczowie – ślub na siłę, „bo dziecko w drodze”, „bo żona umarła, a gospodyni w domu potrzebna”, „bo kobieta sama nie da sobie rady”, „bo my się z Andrzejem tak lubimy, że swoje dzieci pożenimy”. XIX wiek? Fikcja? A jednak wciąż silne trendy w niektórych „tradycyjnych” rodzinach. Niektórym księżom można wytknąć także uleganie czarowi chwili. Zbyt często ślub biorą ludzie zakochani (co jest stanem przelotnym, opartym na burzy hormonów i idealizacji), a zbyt rzadko naprawdę się kochający (co jest twardym, mocnym postanowieniem, aktem woli).

Wyjątki są jednak

Czy w Kościele nie istnieje w ogóle szansa na zerwanie węzła małżeńskiego ważnie zawartego? Należy pamiętać, że prawo kanoniczne w przypadku nowo nawróconych akceptuje małżeństwa zawarte poza wspólnotą kościelną w granicach prawa naturalnego. Jeśli więc nawróciłby się mąż-poligamista, miałby prawo pozostać w związku z pierwszą swoją żoną, jeśli ta byłaby na to dalej chętna. Jeśli nie – może wybrać którąkolwiek z żon, ale tylko jedną i nie może oddalić wszystkich. Żeby było łatwiej, alimenty na dzieci i żony oddalone płaci biskup. Żona poligamisty musi zaś odejść od męża.

A co, jeżeli w małżeństwie nieochrzczonych jedna z osób się ochrzci? Otóż istnieje tzw. przywilej Pawłowy. Opiera się on na słowach Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian, gdzie w rozdziale 7. Apostoł Narodów zachęca do tego, by nie oddalać niewierzącej żony czy męża-poganina, gdyż osoba taka uświęcona zostanie pośrednio przez małżeństwo. A co, jeżeli współmałżonek już nie chce trwać w związku? Wtedy Paweł dopuszcza rozwiązanie węzła.

A jak to ma się do obecnej praktyki Kościoła? Małżeństwo uznaje za rozwiązane Stolica Apostolska dopiero w momencie ponownego zawarcia związku przez osobę ochrzczoną, na podstawie zebranych przez biskupa (a najczęściej osobę do tego delegowaną) materiałów. Ten musi mieć pewność, że małżeństwo się faktycznie rozpadło, a pożycie małżeńskie ustało po chrzcie (a więc to kwestie religijne zaważyły, a nie np. kłótnie o porozrzucane skarpetki).

Inną specyficzną sytuacją jest matrimonium ratum et non consumatum. Czyli małżeństwo zawarte ważnie, ale nie dopełnione aktem małżeńskim. Nie będę tu przytaczał uczonych dyskusji z pogranicza anatomii, seksuologii i prawa, starających się ustalić, kiedy dokładnie następuje konsumpcja. W każdym razie, ponownie papież wydaje wyrok na podstawie tego, co dostarczy biskup.

Nie ma „rozwodu kościelnego”. Nie ma „unieważnienia małżeństwa”. Są stwierdzenia nieważności małżeństwa, bo są zawierane nieważnie małżeństwa. Problemem nie jest to, że Kościół dopuszcza taka procedurę, ale to, czy czasem nie za często ją stosuje idąc na rękę wiernym.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

1 Comment

  1. Nt. kościelnego procesu o nieważność małżeństwa zapraszam również na mój blog.

    dr Arletta Bolesta

    adwokat kościelny

    Post a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *