Rzeczpospolita Polska Malkontencka

Jedną z najciekawszy cech Polaków jest ich stosunek do narzekania. Z jednej strony ganimy je, uznając za irytujące, z drugiej tak weszło nam ono w krew, że nie potrafimy bez niego żyć.


Jeśli Polak nie narzeka, to zapewne chory. Albo naiwny optymista. Albo jakiś agent, podpłacony przez wrogów narodu. A jeśli narzeka – pesymista, idiota, który nie widzi tylu pięknych rzeczy, które dzieją się wokół, wampir energetyczny. Nie wyobrażamy sobie spotkań towarzyskich, rozmów w pracy czy w internecie bez wbicia komuś szpilki i zamanifestowania swojego sceptycyzmu. Kontakt z drugim człowiekiem rzadko kiedy może obejść się bez wyrażenia powątpiewania w działania władz państwowych, samorządowych czy kościelnych. Czasem wręcz trzeba wyrazić irytację z powodu tego, co wyczynia ten lub tamten gwiazdor czy inny „autorytet”, lub też cicho ubolewać nad zachowaniem społeczeństwa, wyczynami naszych przełożonych, znajomych, rodziny, sąsiadów. To wszystko jest niestety pokłosiem naszej historii, i śmiesznej, i dziwnej, i (przede wszystkim) tragicznej jednocześnie.

Mamy dobre tradycje narzekania, poświadczone przez obserwatorów sprzed kilkuset lat. Już średniowieczni kaznodzieje i moraliści narzekali na to, jak krytycznie prowadziło się ówczesne społeczeństwo, uważając to za obowiązek, wynikający z ich powołania. Potem przyszło odrodzenie i reformacja, której piewcy musieli dogryzać ludowi wiernemu papieżowi i co rusz oficjalnie wątpić w jakieś prawdy, przekazywane przez Kościół katolicki. Polacy w czasach I Rzeczpospolitej narzekali przede wszystkim na rządy (jedni na zbyt słabe, drudzy – na dążące doz byt dużej potęgi) i ciągłe wojny, pustoszące państwo. W końcu XVI wieku nasz wielki poeta Jan Kochanowski w Pieśni o spustoszeniu Podola narzekał na niski poziom obronności kraju. „Wieczna sromota i nienagrodzona/Szkoda, Polaku: ziemia spustoszona Podolska leży/[…]/ Zbójce, niestety, zbójce nas wojują/ Którzy ani miast, ani wsi budują” (w tym, a także w kolejnych cytatach, została zachowana pisownia oryginalna). W latach sześćdziesiątych XVII wieku działało w Rzeczpospolitej bardzo silne stronnictwo profrancuskie, zwane właśnie malkontentami. Reprezentowali je przede wszystkim hetman wielki i marszałek wielki koronny, przyszły król Jan Sobieski oraz prymas Mikołaj Prażmowski. Ich ulubionym zajęciem była walka z wrogim stronnictwem pro habsburskim i popierającym je królem Michałem Korybutem Wiśniowieckim. W najlepszym wypadku malkontenci poddawali publicznie w wątpliwość wszystkie tezy i dążenia przeciwników, w najgorszym – bardzo niemile je ośmieszali, czego dowodem jest choćby bardzo niewybredny paszkwil Jana Wielopolskiego List szlachcica polskiego do sąsiada po sejmie coronationis z Krakowa Anno 1669.

Osiemnastowieczna szlachta, a przynajmniej ta, która chciała uchodzić za uświadomioną politycznie i zatroskaną losami Rzeczpospolitej, wręcz prześcigała się w tworzeniu mniej lub bardziej krytycznych dzieł na temat stanu państwa. Jedni byli optymistami, jedni pesymistami, jedni zachowywali w nich pewien poziom, inni – obraźliwie równali z ziemią wszystkich, którzy się nawinęli. Zresztą nie tylko stan szlachecki lubił sobie ponarzekać – ksiądz Benedykt Chmielowski, w swej aspirującej do miana encyklopedii pracy pt. Nowe Ateny, wydanej w latach 1745-46, na pytanie „Co w Polszcze jest złego?” odpowiadał tak: „Złe są Rządy i złe drogi w Polszcze, złe i mosty. Złych ludzi jest bez liczby, że nie mają chłosty.” Skąd my to znamy? Gdyby tylko ubrać to troszkę inaczej w dzisiejsze słowa, z łatwością moglibyśmy uznać te słowa za wypowiedź jakiegoś polityka, dziennikarza, sąsiada – a nawet sami się pod nimi podpisać. W końcu tego samego wieku sławny i zaśłużony dla naszego dziejopisarstwa autor, ks. Jędrzej Kitowicz, w swoich dwóch pracach – Opisie obyczajów za panowania Augusta III oraz w Pamiętnikach, czyli Historii Polski również ochotnie wypominał swoim rodakom grzeszki i przywary, nie oszczędzając a jakże! – również wyższego duchowieństwa i samego króla. Nie sposób pominąć tych, którzy narzekali na rozbiory, jak i tych, którym nie w smak była Konstytucja 3 maja. Oczywistym jest także to, że i jedni, i drudzy w narzekaniu i zwalczaniu innych widzieli jeden z najwyższych odruchów patriotyzmu. Lub przynajmniej chcieli uchodzić za zatroskanych synów ojczyzny.

W czasie rozbiorów malkontenctwo miało się równie dobrze. Z jednej strony narzekano na Napoleona, uważając, że na Polskich szablach chce wjechać do Moskwy i używa naszego narody jako karty przetargowej. Z drugiej strony podejrzany był każdy ten, kto Napoleona nie wspierał – bo zapewne agent ruski, pruski czy habsburski, zaprzedany wyrodny Polak. W Powstaniu Listopadowym tzw. belwederczycy, którzy bezpośrednio je wywołali, razem ze swoimi stronnikami narzekali na stronnictwo rządowe, nazywając je biernym, gnuśnym, przepuszczającym okazję na odzyskanie niepodległości. Strona rządowa znowu nazywała ich naiwnymi rycerzykami z szabelkami w dłoniach, z pobłażliwą ironią traktując ich szaleńczy wyczyn, porównywany do targania się z motyką na słońce. W trakcie kolejnego z powstań, styczniowego ten, który chciał zbrojnej rozprawy z wrogiem, popierał stronnictwo tzw. czerwonych, musiał więc narzekać na tzw. białych, którzy dążyli do zwiększenia autonomii ziem polskich za pomocą dyplomacji. Znowu wzajemne przerzucanie się inwektywami i narzekanie w kręgu towarzyskim, licytowanie się, kto jest lepszym Polakiem, komu bardziej zależy na odrodzeniu wolnej ojczyzny, a kto paktuje ze  śmiertelnym wrogiem tylko po to, by utrzymać się stołka. Skąd my to znamy…

Nadszedł wiek XX – i tutaj doszliśmy do apogeum wbijania szpili. Nawet w tak wspaniałych chwilach, jak odzyskiwanie przez Polskę niepodległości, stronnictwo piłsudczyków musiało wrzucić kamień do ogródka stronnictwa narodowego – i odwrotnie – a gdzieś pomiędzy lawirowali jeszcze ludowcy i oczywiście socjaliści, a nawet komuniści. Zwycięstwo w wojnie polsko-bolszewickiej chciała przypisać sobie każda strona, podnosząc zasługi „swoich”, zapominając oczywiście, lub przynajmniej pomniejszając, zasługi innych. By pomniejszyć zasługi Piłsudskiego i jego obozu, opozycja (głównie endecja) ukuła popularne do dziś określenie „cudu nad Wisłą”, chcąc przez to powiedzieć: jaki Piłsudski? On? Przecież to dyletant, militarne beztalencie. To nie on wygrał, bo nie potrafił. To był cud, boska ingerencja, bez niej przepadlibyśmy z kretesem. Do dziś w za ojców sukcesu roku 1920 uważani są w różnych środowiskach odpowiednio Piłsudski, Rozwadowski, Witos, Haller czy francuski generał Weygand. Poplecznicy sanacji tez musieli publicznie ponarzekać na tych, którzy wcześniej niszczyli Polskę, zaś ich przeciwnicy nie omieszkali skrytykować ich działań jako szkodliwych czy po prostu głupich.

A potem przyszły okupacje – najpierw niemiecka, później radziecka. O nich niszczącym wpływie na nasze społeczeństwo nie muszę chyba tutaj pisać. Hekatomba lat wojny, a także czystki okresu stalinowskiego i okres późniejszej, już spokojniejszej, ale nadal propagandy PRL-u tak przeorały naszą narodową psychikę, że ich skutki będziemy odczuwać jeszcze zapewne przez okres kilku pokoleń (o ile w ogóle się z nich wyleczymy). Jednym z nich jest oczywiście wzmożone malkontenctwo, lubowanie się w narzekaniu, wytykaniu innym tego, co według nas jest złe. Systemy totalitarne i realia wojenne zawsze polaryzują społeczeństwo. Zawsze, czy to dzięki celowemu działaniu władz, czy też po prostu, drogą dedukcji czy też ewolucji myślenia, powstają podziały na „naszych, swoich”, czyli tych, którzy dobrze myślą i dobrze robią, są szlachetni, altruistyczni i służą ojczyźnie, i na tych, którzy są źli, dniem i nocą myślą tylko o tym, jak zaszkodzić swojemu państwu i narodowi, jak najwięcej się nachapać i komu z wrogów sprzedać za garść srebrników wszystko to, co polskie. I prawie zawsze to ci drudzy byli na uprzywilejowanej pozycji w społeczeństwie, mieli za sobą wojsko, media. Z racji tego, że to od nich zależało to, czy będziemy mieli co jeść, w co ubrać, gdzie mieszkać, albo czy w ogóle będziemy żyli, nie mogliśmy z nimi otwarcie walczyć. Co więc pozostawało? A jakże, narzekanie.

To właśnie malkontenctwo, krytyczna postawa wobec drugiego człowieka z jednej strony zapewnia Polakom pewną moralną wyższość nad nim, z drugiej zaś stanowi jakąkolwiek drogę upustu negatywnych emocji. Niby wkurza nas wujek-zażarty antyklerykał, niby nie mamy już ochoty więcej rozmawiać z sąsiadem o polityce, bo ma tak głupie poglądy, że głowa boli. Ale jednak słuchamy, jednak rozmawiamy i dla zachowania równowagi sami coś tam skrytykujemy czy wyrazimy dezaprobatę dla „dzisiejszej młodzieży”, „złodziei” czy innych wrogów szlachetnej części ludu. Oczywiście najwyżej cenione jest wypunktowanie tych, którzy roszczą sobie prawdo do władzy nad nami, czy to świeckiej, czy kościelnej. Nie ważne, czy jest to wypunktowanie trafne, czy wzięte z sufitu – ono przecież dowodzi naszego zaangażowania w życie społeczeństwa, inteligencji i zatroskania tym, co ci brutale/materialiści/kłamcy mogą zrobić z nami biednymi. Choć chyba nikt nie powie tego na głos, w dobrym tonie było i jest narzekanie, bo kto narzeka, ten tak naprawdę chce uchodzić w swoim towarzystwie za myśliciela, zatroskanego tym, co dzieje się wokół niego. Chce być uważany za cichego bohatera, który nie boi się nazwać rzeczy po imieniu, nie powinien jednak za bardzo się wychylać, bo bezecni wstaną ze swych stołków i skrócą go o głowę, a przynajmniej dopieką i utrudnią życie. Bo przecież tylko idioci i/lub zdrajcy nie narzekają, udają, że wszystko jest w porządku, bo albo są zbyt tępi, by widzieć prawdę, albo się im to po prostu nie opłaca. A jeśli się z naszymi ocenami nie zgadzają, to pewnie sami są elementem krwiożerczego systemu i chodzą na czyimś pasku.

Przez to wszystko jesteśmy dziś niestety często zgorzkniałymi, pokracznymi karykaturami naszych przodków, walczących w dobrej wierze z honorem i poświęceniem. W głębi duszy myślimy, że w tym swoim narzekaniu jesteśmy jak Rejtan, własną piersią zagradzający zdrajcom drogę do sali sejmowej, w której mieli podpisywać rozbiór Polski. Żeśmy nowymi kosynierami, nowymi AK-owcami, walczącymi do krwi ostatniej kropli ze wstrętnym najeźdźcą. Że nowe wcielenie Żołnierzy Wyklętych, patriotów stawiających się odważnie wrogiej dyktaturze, i jednocześnie oświeceniowych moralizatorów, niosących kaganek oświaty ciemnemu ludowi, to właśnie my. Tylko że walczymy słowem, w podziemiu, mając nad nimi taką przewagę, że nie wyskakujemy z pistoletem na czołg, nie dążymy do samobójstwa, działamy u dołów społecznych, uświadamiając i protestując, powołując się oczywiście na jakże chwalebne wyczyny Solidarności. Przez takie właśnie myślenie codziennie przewracamy oczami i wzdychamy z zażenowaniem, włączając komputer czy telewizor, otwierając gazetę, a nawet spotykając się ze znajomymi czy rodziną na imieninach czy grillu. Tak, to my, Polacy, zawsze skorzy do oburzenia i krytyki, tak rzadko widzący belkę w swoim oku. Bo tak nas hodowało środowisko, w którym przyszło nam przez setki lat żyć, a myśmy to wszystko ochoczo podchwycili i po tylu latach trudno nam sobie wyobrazić, że może być inaczej. Mam nadzieję, że jednym – jeśli nie jednym – owocem globalizacji będzie właśnie to, że w zetknięciu z innymi narodami oduczymy się tej drażniącej postawy. W młodym pokoleniu jest jakby mniej tego całego krytykanctwa, malkontenctwa i zawodzenia nad tym, jak tylko wokół źle się dzieje i z jakimi idiotami musimy żyć. Mam nadzieję, że w okresie dorastania nie przejmą oni od rodziców i dziadków w spadku tej naszej narodowej cechy.

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *