Dlaczego singiel ma w Kościele przechlapane

Pismo Święte mówi: „Źle jest, żeby człowiek był sam” (Rdz 2, 18). Z wielu stron, również w Kościele, da się słyszeć, że singiel to po prostu jeszcze jeden sposób na szczęście. Że bycie singlem jest wspaniałe i nie można na nikim wywierać ślubnej presji.

 

Singiel, dziewczyna w lesie

Nie ma miejsca w Kościele na samotność. Niektórzy mistycy mówią, że na tym polega piekło. Na samotności, poczuciu całkowitego osamotnienia. Człowiek natomiast jest przez Boga stworzony i powołany do wspólnoty – komunii. W różnych formach i w różnym stopniu, ale nie ulega wątpliwości, że źle jest, aby człowiek był sam. Tylko tworząc relacje: z Bogiem i  z drugim człowiekiem (w tej właśnie kolejności) można osiągnąć szczęście, a nie jako singiel. 

Ksiądz to nie singiel

Zdarza się jednak słyszeć o powołaniu do samotności. Nawet, zdawałoby się, poważne autorytety kościelne wspominają o takim (po)tworze. Jest to oczywista bzdura. Celibat to nie samotność. Jest wręcz jego zaprzeczeniem. Singiel decyduje się nie wchodzić w związek małżeński, bo chce być sam. Ktoś, kto z rozeznając  swoje powołanie, decyduje się zrezygnować z małżeństwa, robi to ze względu na większe dobro.

W pierwszym rzędzie chodzi o księży i żyjących w zakonach. W ich wypadku celibat jest trochę narzucony z góry. Nikt się ich nie pyta, czy chcą być w celibacie, bo takie pragnienie świadczy o jakimś problemie. Szerzej pisałem o tym tu.

To już lepiej z byle kim?

Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy chłopak lub dziewczyna nie zawiera małżeństwa z prostego (lecz dramatycznego) powodu – nie ma z kim. Nie spotkał/a odpowiedniego kandydata. Broń Boże, nikt nie powinien twierdzić, żeby na łapu-capu wiązać się z kim popadnie, bo latka lecą. Dr Jacek Pulikowski, jeden ze świeckich audytorów podczas ostatniego synodu o rodzinie, mówi, że w takiej sytuacji należy realizować naturalne powołanie do relacji w inny sposób. Np. tak, jak to robią członkowie zgromadzeń zakonnych.

Współcześnie jednak problemem jest brak zdecydowania. Niemożność podjęcia decyzji. Znajomy ma już z pewną kobietą trzecie dziecko. Jak dotąd nie wzięli ślubu, bo „wciąż nie wiedzą, czy się kochają”. Mając głowy pełne wizji z romantycznych filmów, potrzebujemy otrzeźwiającego bodźca ze strony naszych bliskich. Potrzebujemy społecznej presji.

Ale po co, skoro nie chcę?

Zresztą, społeczeństwo ma święte prawo oczekiwać od każdego, że założy rodzinę i będzie miał dzieci. Choć zadeklarowany singiel na taki argument tylko się oburzy (co potwierdzi tezę, że to po prostu egoista), nakazuje to choćby pragmatyczna ekonomia. Zresztą, każdy potrzebuje kogoś, kto na starość poda herbatę i przykryje kocem, a po śmierci pochowa i zadba o grób.

Nie da się ukryć, że pierwsze zapisane w Biblii przykazanie, brzmi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Księża czy zakonnice mogą się usprawiedliwić tym, że wybrali celibat, aby bardziej poświęcić się służbie Bogu i bliźnim. Innym sensownym  wytłumaczeniem nieprzestrzegania tego przykazania jest wynikająca z różnych przyczyn (psychicznych, społecznych czy materialnych) niezdolność do wychowana potomstwa. O ile tylko próbowałem tę niezdolność pokonać.

Inaczej ciężko będzie mieć do Boga pretensje o to, że skoro całą doczesność chciałem żyć jako singiel, to i po drugiej stronie nie sprzeciwi się tej woli.

 

Tekst zainspirowany wpisem z jezuickiego portalu

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *