Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?

Różnice między ludźmi sprawiają, że często mamy do siebie wzajemne pretensje o to, że ktoś jest taki, jaki jest, lub – o zgrozo! – nie jest taki, jak byśmy tego oczekiwali. Od kogo więc mamy oczekiwać zmian: od siebie czy od wszystkich dookoła?


Gdy w piątek wieczorem byłem z narzeczoną w kinie, młody chłopak siedzący za mną położył stopy na oparciu mojego fotela i zaczął mną bujać. Bardzo chciałem myśleć, że to zwykły przypadek i ta farsa rodem z podstawówki zaraz się skończy. Niestety, mijały kolejne reklamy, a huśtaniu nie było końca. Jednak zamiast mężnie, acz grzecznie poprosić, żeby przestał, milczałem. A agresja we mnie rosła i rosła… Gdy już postanowiłem zainterweniować, zamiast uprzejmej prośby, wyszła mi z ust taka wiązanka nienawiści, że myśląc o niej dziś, nadal rumienię się ze wstydu.

Złośliwi powiedzą, że była to kalka z klasycznego przykładu komunikacji między kobietą i mężczyzną: ja nic nie powiem, bo powinnaś się domyślić o co mi chodzi.

Lubimy sobie ponarzekać na postęp, nowoczesność, no i na to, że ludzie już prawie się nie spotykają, bo wolą porozmawiać w cyberprzestrzeni. Mówią, że jak się wejdzie między wrony, to się małpuje ich zwyczaje… i coś w tym jest! Specyfika mojej pracy sprawia, że przez kilka godzin dziennie jestem skazany na ślęczenie w internecie. Widzieliście tam ostatnio jakąś ciekawą, grzeczną i rzeczową wymianę opinii? Jakieś merytoryczne argumenty? No, bo ja też nie. Zauważyłem za to, że nie umiem już normalnie dyskutować „w realu”. Moje rozmowy są coraz częściej jak modelowe komentarze internetowe – szybkie, celne, punktujące przeciwnika. Minimum słów, maksimum przekazu. Nie ma już miejsca na zwykłe, luźne pogadanki czy kurtuazyjne dialogi przy kawie. Nigdy nie diagnozowałem siebie  jako przypadku wymagającego zmian, ale ostatnio widywana sporadycznie koleżanka zwróciła mi uwagę, że w rozmowach z kolegami nie mówimy już sobie, że nam się coś podoba. Unosimy tylko kciuki, rzucamy hasło „lubię to!” i nie myślimy nawet, by jakkolwiek dosadniej wyrazić nasz zachwyt. Co za granda!

Najgorsze jest to, że łatwiej mi napisać o tym na łamach „Może coś Więcej”, niż stanąć przed znajomymi i zaproponować jakieś mocne postanowienie poprawy. Od jutra się zmienię, obiecuję!

Mówi się, że portale społecznościowe to miejsce, w którym każdy może się dowartościować. Im więcej lajków, tym większe ego. Specjaliści już alarmują, że spadek liczby zawieranych małżeństw i wzrost popularności modelu życia w singielstwie (podobno jest takie słowo!) spowodowany jest tym, że u przysłowiowych fejsbukowiczów lawinowo wzrasta samoocena. Z drugiej strony – trudno potem w świecie realnym odnaleźć drugą połówkę, która choć po części byłaby odzwierciedleniem tego, czego naoglądaliśmy się w sieci. Obawiam się, że gdyby Jan Pietrzak pisał słynny przebój dla Danuty Rinn dzisiaj, to refren mógłby zawierać pytanie: gdzie ci mężczyźni, tacy jakich widziałam w Internecie? Odpowiedź byłaby niezmiernie przykra, bo nie ma ich zbyt wielu.

Niedawno zmarł jeden z ostatnich mężczyzn z klasą w tym kraju. Przeogromna wiedza, nienaganny styl, kindersztuba, piękny język – to były jego znaki rozpoznawcze. I chociaż walory muzyki klasycznej zacząłem doceniać dopiero niedawno (ze wstydem przyznaję, że zawsze mnie bardziej śmieszyła!), to Pan Opera miał w sobie coś, co trzymało mnie – kilkuletniego wtedy chłopca – przed telewizorem. Bez tandety, fajerwerków i tańczących półnagich pań. Był tylko on – siedzący na krześle w studio – i muzyka. Oglądając jego programy nauczyłem się wzbudzać w sobie ciekawość tematami, którymi nigdy się nie interesowałem. Nauczyłem się słuchać, mimo że nie rozumiem. I poznałem mnóstwo nowych słówek. Któż inny wytłumaczyłby mi, czym jest fantazyjka i co się kryje pod terminem affettuoso?! Dziękuję, Panie Bogusławie!

 


Autor: MARCIN KOŻUSZEK

Author: Marcin Kożuszek

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *