Skandal wcielenia – Bóg w pieluszce

Boże Narodzenie nie jest tylko i wyłącznie świętem historycznym. Nie upamiętnia prostego faktu narodzin Chrystusa – upamiętnia jeden z największych znaków, jakiego Żydzi nawet nie śmieli oczekiwać. Jednak fakt, że Słowo stało się Ciałem był dla wielu trudny do zniesienia.


Kłopoty z filozofią

Zacznijmy może od naszkicowania kontekstu świata filozoficznego, w jakim rozwijało się chrześcijaństwo. Mamy I wiek naszej ery, po podbojach Aleksandra Wielkiego niemal w całym regionie Morza Śródziemnego panuje niepodzielnie filozofia w greckim wydaniu. Silne są nurty platonizmu i neoplatonizmu, traktujące ciało jako więzienie duszy. Warunki higieniczne i liczne wojny umacniają przekonanie, że to duchowe „coś więcej” musi być ważniejsze niż starzejący się, zżerany trądem, tak łatwy do zabicia kawałek materii.

Przypomnijmy sobie chociaż mowę św. Pawła na Areopagu, gdy Ateńczycy słuchali chętnie żydowskiego „nowinkarza” do momentu, gdy ten wspomniał o zmartwychwstaniu ciała (Dz 17,32). To było nie do pomyślenia – po wyzwoleniu się duszy z tej marnej powłoki, boska cząstka człowieka miałaby do niej wracać? Grecy, zakochani w Platonie, nie byli przychylnie nastawieni do bogini Anastazji.

Nie do pomyślenia było, by boskość miała cokolwiek wspólnego z cielesnością. To było do przyjęcia w mitach, poematach antropomorfizujących Zeusa, w przedstawieniach dla gawiedzi. Ale nie dla szanującego się neoplatonika. Jeśli istniał jakiś Bóg, to ten Bóg był Logosem, Rozumem, czystym i nieskalanym, był Jednością. Materia zaś stanowiła wypaczenie – przemija, dzieli się na części, gnije i niszczeje. Ludzkie ciało – podlegające śmierci i starzeniu, tak właściwie nie posiadało większej wartości.

Bóg Jednokomórkowy

Platonicy zapewne pękliby ze śmiechu albo oburzyli się, gdyby ktoś im powiedział, że Bóg przyjął ciało. A jednak – Jezus Chrystus począł się i rozwijał w ciele Maryi jak każde inne dziecko. Być może chwilę po zwiastowaniu miał jedną komórkę, która zaczęła się dzielić na dwa, potem jeszcze kilka milionów razy powtórzyła tę operację, stopniowo specyfikując kolejne tkanki i narządy. Jak każdy zarodek Jezus przez pewien czas miał ogon. Spędził dziewięć miesięcy w macicy Maryi, oddychając przez podłączoną do brzucha pępowinę i mając płuca pełne płynu owodniowego.

Sama Maryja zapewne też odczuwała jakieś uboczne skutki ciąży. Jezus zajmował jej sporo czasoprzestrzeni, gwarantując rozstępy na brzuchu, może poranne nudności. Czy sam fakt niepokalanego poczęcia i wolności od grzechu pierworodnego powodował niwelację tych skutków? Nawet jeśli biochemia Bogarodzicy była inna niż u zwykłej kobiety, to grawitacja wciąż działała jak należy –  czyli po prostu materialne ciało Boga ciążyło i powodowało zmęczenie mięśni pleców.

Bóg się rodzi

Kto kiedykolwiek widział choćby film z porodu ten wie, jak ten cudowny moment daleki jest od statycznego obrazu platońskich ideałów. Kobieta krzyczy i odczuwa ból, noworodek jest pokryty płynami, złączony z matką pępowiną, którą trzeba przeciąć, jest mały, łysy i wrzeszczy.  A jednak zapewne w ten sposób przyszedł na świat Jezus Chrystus. W dodatku nie gdzieś w pałacu, ani chociaż w izbie gospody, ale w stajni, wypełnionej wszystkimi możliwymi zapachami.

Przypomnijmy, że dla Żydów poród był wydarzeniem może i ważnym społecznie, ale kultycznie niewyobrażalnym. Kobieta po urodzeniu chłopca musiała odczekać z uczestnictwem w kulcie blisko czterdzieści dni, podczas których była nieczysta (Kpł 12, 1-7). Innymi słowy: nie miała dostępu do spraw Bożych. A jednak Maryja ciągle miała dostęp do spraw Bożych – karmiła Boga piersią, przewijała go i pielęgnowała. Tak, ten Bóg, Elohim, Adonai, Pan Zastępów, do Którego Najświętszego Świętych arcykapłan mógł wejść tylko raz do roku… On miałby być dzieckiem? On miałby potrzebować pieluch?

W żydowskiej mentalności bardzo silne było przekonanie, że człowiek nie może stanąć z bogiem twarzą w twarz, blisko, jak z przyjacielem. Ostatnim, który dostąpił tego zaszczytu był Mojżesz (Wj 33,11). Człowiek, będący jedynie stworzeniem, w dodatku dziecko nie może nosić w sobie chwały Bożej. Dlatego chciano ukamienować Jezusa, gdy mówił o sobie: „Ego Eimi” – „Ja Jestem”, czyli gdy używał słów jakimi Septuaginta oddawała Imię Boga objawione Mojżeszowi na Synaju (Wj 3,14).

Gdy Żydzi wypatrywali Mesjasza, rozumieli go jako pomazańca Bożego, wyjątkowego człowieka – i tylko człowieka. Jego imię „Emmanuel” (Iz 7,14) oznaczało wprawdzie „Bóg z nami”, ale nikomu by nie przeszło przez myśl, że Bóg rozbiłby namiot wśród ludu aż tak dosłownie. A jednak, chrześcijanie wierzą, że „ma granice nieskończony”. Nazywa się to synkatabazą – syn oznacza po grecku „razem”, „kata” – „według”, „basis” – „to, co niżej”. Bóg z miłości do człowieka uniża się do tego stopnia, że staje się człowiekiem i jako człowiek umiera.

Ciało jakie jest, każdy widzi

Jezus w chwili Wcielenia przyjął ludzką naturę, posiadał ludzką wolę i ludzkie ciało. Dogmatycy od dawna spierają się, czy Chrystus od razu wiedział, że jest Bogiem. Czy płacząc w żłobie „płakał nad światem złym”, czy tylko dlatego, że było Mu zimno? Żył w ukryty sposób przez trzydzieści lat, przez długi czas nie wyróżniając się niczym szczególnym. Jeden epizod z okresu, gdy miał dwanaście lat nie świadczył wcale o Jego godności, a jedynie o głębokiej dojrzałości. Maryja i Józef myśleli, że po prostu był z innymi dziećmi. Także już po latach Nazarejczycy zdumieli się, gdy zaczął nauczać, czynić cuda i uzdrawiać (Mt 13, 53-58). Dla nich był tylko jednym z nich – być może znali się z Jezusem „od takiego dzieciaka”, razem bawili, razem uczyli się Pisma.

Jakie było ciało Jezusa? Przede wszystkim materialne – w Jego żyłach krążyła najprawdziwsza krew, potrzebował pokarmu, odczuwał głód i pragnienie. Po ubiczowaniu nie miał sił nieść krzyża, potrzebował pomocy Szymona Cyrenejczyka. Jadł i pił w Kanie Galilejskiej. Płakał nad Jerozolimą (Łk 19, 41nn) i nad Łazarzem. Innymi słowy, miał wszystkie układy przydatne w życiu człowieka: oddechowy, pokarmowy, nerwowy, krwionośny. Pewną sensacją dla niektórych może być stwierdzenie, że Jezus także wydalał.

Wizja Jezusa udającego się na ubocze, by pozbyć się produktów przemiany materii może gorszyć. Nie pasuje do wizji wspaniałego nauczyciela, a co dopiero Boga. Jednak ciało Chrystusa, przynajmniej przed Zmartwychwstaniem, podlegało normalnym prawom fizyki, w tym zasadzie zachowania masy. Nie znajdziemy takiego opisu w Ewangelii, co nie dziwi – „Żywoty sławnych mężów” też nie wspominają o stolcu Juliusza Cezara czy wystroju wygódki Tutenchamona. Wierzymy, że Jezus stał się nam podobny we wszystkim prócz grzechu – a raczej nie spowiadamy się z wizyt w toalecie.

Zgorszenie i głupstwo

Chrześcijanie zawsze wiedzieli, że wizja Boga Wcielonego, który ponadto prawdziwie umiera, a potem zmartwychwstaje w ciele nie przejdzie. „My głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” – napisał święty Paweł do Koryntian (1 Kor 1,23). Nic więc dziwnego, że pojawiło się wiele herezji, próbujących albo podkreślić bóstwo Jezusa kosztem Jego człowieczeństwa albo łączyć człowieczeństwo z boskością bez łączenia natury Bożej z ludzką.

Jedna z takich sporów ma kontekst maryjny. Nestoriusz, potępiony na Soborze Efeskim (431 r.), twierdził, że Maryja nie była Bogurodzicą (Theotokos), a jedynie Matką Chrystusa (Christotokos), człowieka, w którym (najczęściej: po chrzcie w Jordanie) zamieszkał Bóg. To Chrystus cierpiał i umarł, dzięki czemu nie dochodzi do tego skandalicznego wydarzenia śmierci Boga. Odpowiedzią na te tendencje była herezja monofizytyzmu, według której w Jezusie zmieszały się natura boska i ludzka (potępiona w roku 451. w Chalcedonie).  Inną obroną było przejaskrawianie bóstwa Jezusa, jakie miałoby być widoczne już od najmłodszych lat. Wyrazy tego znajdziemy w „Dzieciństwie Pana”, apokryfie zwanym też „Ewangelią Dzieciństwa Tomasza”. Według tej opowieści, małoletni Jezus w Nazarecie siał prawdziwy terror: każde dziecko, które Go szturchnęło ginęło na miejscu, a rodzice, którym się to nie podobało – ślepli.

Jedną z najwcześniejszych herezji był doketyzm – nauczający, że Jezus posiadał jedynie ciało iluzoryczne, złożone z materii niebiańskiej. Opierała się ta nauka o gnostyckie przeświadczenie, że materię stworzył zły bóg, Demiurg, utożsamiany z Bogiem Starego Testamentu. Chrystus, jako dobry Bóg Nowego Przymierza, nie mół więc posiadac ciała materialnego – a tym bardziej cierpieć i umrzeć. Zwalczał to już św. Jan pisząc o Słowie, które stało się ciałem i o niewiernym Tomaszu.

Człowieczeństwo Jezusa zawsze było wyzwaniem dla wierzących. Bóg, który schodzi do poziomu człowieka, dosłownie dotyka jego spraw: trędowatego ciała, zmarłego dziecka, bierze na siebie ludzkie cierpienie – taki Bóg nie mieści się w głowie. Nie możemy jednak od tego uciec. To tajemnica, przy której należy okazać pokorę. Dlatego w czasie odmawiania Credo wielu ludzi pochyla głowę przy słowach „przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem” (przed reformą liturgii wszyscy wierni wtedy klękali!).

Być może dlatego Wcielenie stało się też centrum jednych z najważniejszych świąt chrześcijańskich. Upamiętniamy nie narodziny wielkiego człowieka, ale fakt, że (jak to pięknie ujął Franciszek Karpiński): „Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony”.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *