Święto Żywych

Wspominanie 1 listopada zmarłych, to – z katolickiego punktu widzenia – grube nieporozumienie, ocierające się wręcz o herezję. Paradoksalnie, dopiero Halloween pomogło nam zrozumieć, o co chodzi w Uroczystości Wszystkich Świętych.


Co niedzielę wyznajemy wiarę w „świętych obcowanie”. A pod czas każdej mszy pogrzebowej, kapłan (w trakcie prefacji) dziękuje Bogu za to, że „życie Twoich wiernych, Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. Wniosek – święci żyją. W inny sposób, dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały, a jednocześnie – z katolickiego punktu widzenia – pełniejszy. Są zjednoczeni z Bogiem (albo będą, jeśli mówimy o duszach w czyśćcu), na tym przecież polega świętość. A skoro są zjednoczeni z „Dawcą Życia”, jak można uważać ich za zmarłych?

Duszpasterski "zerg rush"

Dlaczego więc powszechnie mówi się o Uroczystości Wszystkich Świętych jako o święcie zmarłych? Powodów jest kilka. Podstawowy to dramatycznie niski poziom wiedzy i świadomości religijnej. Niby liturgia ma swoją treść, dobór czytań mszalnych jasno przedstawia charakter uroczystości, a bazując na nich kaznodzieja powinien rozwiać wszelkie wątpliwości, dlaczego się tu dzisiaj zebraliśmy. Jednak teoria sobie, praktyka sobie.

Za „nieboszczki komuny” władze usilnie pracowały nad tym, aby z uroczystości ku czci świętych zrobić święto zmarłych. Na ile pomogła romantyczna tradycja odnosząca się do słowiańskich „Dziadów” – ciężko stwierdzić. Na marginesie, chrześcijanom oburzonym na Halloween pragnę przypomnieć, iż Dziady są obrzędem jak najbardziej pogańskim, mimo, że w mickiewiczowskim dramacie powierzchownie schrystianizowanym.

Komunistom udało się społeczną świadomość przeorać na tyle, iż 1 listopada jest dniem wolnym. A że Polacy naród w tradycję zapatrzony, więc skrzętnie korzystając z wolnego począł przodków groby nawiedzać, przy okazji popijając z żywymi, tradycja obiat, jak widać, wiecznie żywa. Duszpasterze zaś, jako że powszechnie przyjętym nad Wisłą modelem duszpasterskim jest „zerg rush” (duszpasterstwo masowe, czyli kupą mości panowie), jakoś z komunistyczną wersją święta wcale nie walczyli. Cóż z tego, że modlitwa za zmarłych ma miejsce dopiero dnia następnego, przecież 2 listopada już nie ma takich tłumów, więc i procesje między grobami i msze na cmentarzach i nastrojowe wieczornice urządzamy wtedy, gdy tłumy są.

Kto za kogo powinien się modlić

A przecież 1 listopada nie wolno (sic!) odprawiać mszy za zmarłych! Natomiast w dzień zaduszny, będący dopełnieniem poprzedniego, Kościół intensyfikuje modlitwę za tych, którzy święci jeszcze nie są, tzn. już zmarli, a jeszcze nie są w niebie. Tego dnia każdy kapłan może odprawić aż trzy Msze Święte (jedna w intencji własnej, druga za zmarłych, trzecia w intencjach papieskich). Druga taka „okazja” nadarza się w Boże Narodzenie. Poza tym wolno mu odprawić tylko jedną dziennie.

Oczywiście duszpasterze się tłumaczą niebywałą szansą duszpasterską, jaką pierwszo listopadowe tłumy na cmentarzach stwarzają. Tyle że jeśli modlimy się „za zmarłych”, to domyślnie zakładamy, że ów zmarły to jeszcze nie święty. A 1 listopada to „święto świętych”. Więc bardziej adekwatna jest modlitwa do nich (czyli przez ich wstawiennictwo). Takie myślenie ustawia cały listopad – miesiąc modlitwy za zmarłych – od początku pokazując cel, oraz możliwość osiągnięcia go.

Trzeba było dopiero Halloween, żeby niejako na siłę z polskiego katolicyzmu wykrzesać radość z bycia świętym i wyprowadzić świętych na ulice. Widać, nie ma tego złego…

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *