Tabloid – Ciemna Strona Dziennikarstwa

Dziennikarstwo jest jak Moc z „Gwiezdnych wojen” – jest wszędzie, otacza nas i pozwala nam jako tako żyć. Niestety, ma także swoją ciemną stronę i swoich Mrocznych Jedi – tabloidy.


Nie wyobrażamy sobie obecnie życia bez dziennikarstwa w tej czy innej formie: dzięki gazetom, portalom internetowym, telewizjom poznajemy świat i dowiadujemy się  informacji niezbędnych do funkcjonowania w nim. Znamy teoretycznie kanony zachowania rzetelnego, prawdomównego, wyważonego i obiektywnego dziennikarza. To Jasna Strona, która jest może i dobra, ale śmiertelnie nudna dla niektórych. I stąd pojawia się na scenie dziennikarstwo brukowe, tabloidowe, rewolwerowe, Ciemna Strona, która kusi swoją poczytnością i prostotą formułowania przekazu… Czy jest ona skazana na sukces?

Tabloid nasz powszedni

Idziemy do kiosku, chcemy kupić bilet lub czasopismo. I musimy je zobaczyć – czerwone, tłuste litery, wielkie rozmazane niekiedy zdjęcia twarzy znanych i lubianych, krzykliwe tytuły, w których najwięcej miejsca zajmują wykrzykniki… Wyeksponowane na specjalnych wywieszkach, często z ciekawymi dodatkami tabloidy mają chyba najskuteczniejszą reklamę wśród obecnych na rynku czasopism. Jednocześnie są dość powszechnie uznawane za najczystsze zło, raka trawiącego prasę od zarania dziejów.

Wynika to poniekąd z bardzo niskiego poziomu rzetelności tych tytułów. Bulwarówka ma się przede wszystkim sprzedać, następnie ma być często wspominana, a dopiero na trzecim czy czwartym miejscu przekazać informacje. Już sam format „Faktu” czy innego „Super Expressu” pozwala zauważyć, że nie jest to lektura, z którą można spokojnie siąść w domu. Arkusz jest mały, aby można było poczytać w miejscu zatłoczonym, przy okazji komentując treść.

W tabloidzie proporcje są odwrócone – kultura obrazkowa zmusza do minimalizowania liczby literek a zwiększania powierzchni obrazków. Przy czym obrazki nie mogą być nudne i czarno-białe. Muszą przyciągać wzrok, a aby to osiągnąć stosują wolną amerykankę. Zdjęcia z miejsca zbrodni, ze śladami krwi? Za mało. Zdjęcia ofiar z symbolicznym czarnym paskiem na oczach? Świetnie! Brakuje takowych? To inscenizacja komputerowa.

Także język tabloidu różni się od języka standardowej gazety. Pełno w nim przymiotników narzucających moralną ocenę prezentowanego wydarzenia czy zjawiska. Bill Gates nie jest bogaty a „obrzydliwie bogaty”, przestępca (a raczej „zbrodniarz”) zawsze „podstępny”, „bezlitosny”, ofiara zaś „niewinna”, „bezbronna” i tak dalej. Wszystko jest przedstawione jednostronnie, by nie pozostawić czytelnikowi cienia wątpliwości, że przez wielkich tego świata został skrzywdzony prosty człowiek, a dzielny redaktor stanął w jego obronie. W Polsce bardzo często żerują tabloidy na absurdach urzędniczych, tworząc wśród czytelników postawę niezadowolenia i wręcz wrogości wobec państwa, a zwłaszcza jego reprezentantów. Kto kiedykolwiek przeczytał w bulwarówce o dobrym pracowniku administracji państwowej? Dobro nie interesuje tego typu dziennikarzy, żyją głównie z pokazywania zła, więc i rzeczywistości, jakie przedstawiają swoim czytelnikom najczęściej przypominają karykaturę świata realnego.

Jednocząc w złym

Aby osiągnąć dobre wyniki sprzedaży tabloid musi dotrzeć do jak najszerszej masy odbiorców.  Nie może ograniczać się do jednej grupy, np. do ludzi wierzących czy niewierzących, zwolenników prawicy czy lewicy. Już i tak po tabloid sięgnie tylko pewien wycinek danej grupy: ludzie, którym odpowiada niski poziom i stronniczość. Z kolei szukanie tego, co łączy i co jest dobre dla wszystkich jest nudne, męczące i mało krzykliwe. Stąd brukowiec musi odwoływać się do najniższych ludzkich instynktów – musi epatować krwią, przemocą, złem.

Nawet jeżeli informacja jest nierzetelna, głupia czy wręcz bezsensowna czy mało ważna, zadaniem dziennikarza brukowego jest pobudzenie emocji czytelnika, wywołanie jego oburzenia, zniesmaczenia, gniewu czy wręcz nienawiści. Nie bez znaczenia jest również aspekt seksualny, bulwarówki chętnie opisują historie związane np. ze zdradą małżeńską. Marzeniem każdego brukowca jest tytuł na poziomie: „Krzysztof Ibisz chciał mnie zgwałcić podczas ataku piranii”. Skoro jednak nie ma zbyt często okazji do takich logicznych wolt, trzeba zadowalać mniej wyszukanymi, ale równie „mądrymi” akrobacjami typu: „Koc termiczny chciał mnie zabić”, „Kosmici podali mi złe numery w totka”, „Sąsiad ogryzł mu penisa”, „Napadły mnie szatańskie kozy”… Wszystko z podpowiedziami, na wypadek, gdyby odbiorca nie wiedział co myśleć: „Szok!”, „Zgorszenie na środku ulicy!”, „Tak nas wykorzystują!!!”. Wykrzykniki i pytajniki można mnożyć bez żadnych ograniczeń.

Emocje muszą się skupić na kimś. Przy czym musi to być ktoś powszechnie nielubiany – tak, aby ktoś nie zrezygnował z czytania gazety tylko dlatego, że obsmarowano jego ulubieńca. Redaktor brukowca musi mieć wyczucie nastrojów społecznych, musi wiedzieć kiedy może bić w polityków danej frakcji, kiedy nastroje są odpowiednio antyklerykalne, by wytykać bogactwo czy chciwość księży, a kiedy narzekać na złodziei okradających skarbony. Takie rodeo jednak często się po prostu nie opłaca, na szczęście bardzo łatwo wytropić w Polsce jakiegoś pedofila, złodzieja, wyzyskiwacza czy po prostu chama, który stanie się antybohaterem artykułu. A nawet jeśli  czarnego charakteru nie znajdziemy, to wszystko można spreparować, tłumacząc się tym, że artykuł nikogo o nic nie oskarżał, bo był pytaniem, na przykład: „Czy prezes banku zgwałcił swoją pracownicę?”.

Sercem tabloidu jest plotka, najlepiej na temat jakiejś znanej osobistości, stąd brukowiec zawsze ma dział z nowinkami z życia gwiazd. Kolejny rozwód, kolejny romans, którego jedynym uzasadnieniem są wyciągnięte z kosza na śmieci paragony, kolejna awantura, kolejny siniak pod okiem… Gwiazdy mogą narzekać, ale muszą też przyznać, że spora część ich popularności to właśnie dzieło takich publikacji i nieraz inicjatywa ich własnych pijarowców. Podobne symbiotyczne ograniczanie prywatności pojawia się, gdy paparazzo wchodzi w kontakt z bożyszczami stadionów, boisk i hal sportowych. Wtedy tabloid nie interesuje się zbytnio skomplikowanymi obliczeniami „kto, ile i z kim punktów musi zdobyć by utrzymać się w lidze”. Ciekawsze są zdjęcia gwiazd sportu zajmujące ¾ strony, olbrzymie pieniądze za kontrakty czy jakieś szczegóły z życia prywatnego.

Fakt Kościelny

Tabloidyzacja mediów nie omija także mediów okołokościelnych. Mowa tu nie tylko o tytułach jasno określających się jako związane z Kościołem, ale tez takie, które skierowane są do konserwatystów, wśród których w Polsce znaczną grupę stanowią właśnie osoby wyznania rzymskokatolickeigo. Teoretycznie dziennikarstwo chrześcijańskie nie stanowi wielkiej okazji do epatowania złem czy bezmyślnej obmowy. A jednak są tacy, którym się udaje zejść do poziomu „Pudelka” czy „Faktu” przy przekazywaniu informacji. Stosowanie krzykliwych tytułów, bazowanie na „Kościele wojującym”, wiecznie oburzonym i kierowanie przede wszystkim ostrza krytyki przeciwko „wrogom wiary”. I stąd na fronda.pl zgrabnie łączy się antykomunizm z antyislamizmem tytułując artykuły np. „Imigranci jak Armia Czerwona”.

Takie obniżenie lotów jest efektem z jednej strony wyjścia naprzeciw oczekiwaniom czytelników, z drugiej – chęci nabicia sobie wejść na portal. Znaczące jest, że o ile wydanie papierowe Frondy jeszcze trzyma poziom, o tyle jego internetowy krewniak zachowuje się, jakby kierował się logiką plotkarską: nie ważne, jak o nas mówią, ważne, że mówią. Niechęć lewicowej strony prasy, swoiste odium zacofaństwa i katotalibanu jest przyjmowane z dumą i wręcz pogłębiane, nawet jeżeli niekiedy jest na przekór praktykom Kościoła.

Niestety, takie praktyki powodują bardzo często efekt odwrotny od zamierzonego. Ludzie, którzy powinni być jako katolicy ostrożni w ferowaniu sądów, chcą postrzegać rzeczywistość w sposób prymitywny, czarno-biały. O ile w przypadku świeckich brukowców słowo „demon” jest tylko środkiem stylistycznym, o tyle tabloid katolicki bez wahania dostrzega wszędzie działalność złego ducha. Nakręca czytelników, by wszędzie szukać śladów opętania, tym tłumacząc odmienne poglądy czy niektóre zachowania. Przeakcentowanie roli diabła w katolickim tabloidzie prowadzi do tego, że jeśli czytelnik nie załapie tego bakcyla, sam Zły zdaje mu się jakimś mitem, bajką i strachem na wróble.

Dochodzi też do sytuacji niewybaczalnych jeśli chodzi o spory w samym Kościele. Najczęściej tabloid katolicki ma odchylenie konserwatywne, stąd bardzo często ostrze krytyki uderza w tzw. „Kościół otwarty”. Zasady braterskiego upomnienia zastąpione są mentalnością przekupy z targu – widząc błąd nie stara mu się zapobiec, ale podnosi lament, przeklina błądzącego i wróży mu rychły zgon.

Czy jesteśmy skazani na tabloidy? Tak, ale tylko jeżeli pozwolimy im przetrwać. Los takich gazet zależy wszak od tego, czy będą kupowane w kioskach i czy ich strony internetowe będą dość często odwiedzane. Zanim podniesie się poziom dziennikarstwa, musi się podnieść poziom czytelnictwa. Dopiero wtedy media zajmą się poważniejszymi tematami niż nowy samochód gwiazdki jednego sezonu.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *