Tam dom twój, gdzie serce twoje

Nominowany do zeszłorocznych Oscarów za najlepszy film „Brooklyn” (2015) to opowieść cicha, spokojna, bez nagłych zwrotów akcji, spektakularnych pościgów czy kontrowersyjnych scen. To przede wszystkim historia młodej kobiety, która próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie.


Fabuła jest bardzo prosta. Przenosimy się do niewielkiej mieściny w Irlandii, gdzie młoda dziewczyna szykuje się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Ta wyprawa ma być dla niej ogromnym krokiem w przód, momentem decydującym, który przyczyni się do ustatkowania. Za oceanem czeka na nią praca i wykształcenie. Czeka na nią przyszłość. Opuszcza więc matkę i starszą siostrę, aby znaleźć szczęście na innym kontynencie. Pomimo początkowej tęsknoty i problemów z asymilacją, Ellis Lacey z czasem odnajduje się w nowym miejscu, głównie za sprawą przystojnego młodzieńca, z którym przeżywa romantyczne chwile. Niestety w pewnym momencie, po tragicznych wydarzeniach w domu rodzinnym, Ellis musi wrócić do Irlandii i zdecydować, co dalej ma robić ze swoim życiem.

Film przede wszystkim próbuje przekonać widza do starej prawdy, że dom człowieka znajduje się tam, gdzie jego serce. Nie musi to być miejsce urodzenia albo dojrzewania, dom rodzinny czy miejsce wychowania. Nie jest on związany z żadną konwencją, wypracowanym modelem czy powielanym stereotypem. Człowiek sam musi zdecydować, gdzie czuje się „jak w domu”, co nierzadko jest bardzo trudne do rozstrzygnięcia. Zmagania Ellis dotyczą każdego i w pewnym momencie wszyscy musimy dokonać wyboru. Inny przekaz filmu mówi, że niekoniecznie wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Czasem miejsce, do którego wydaje ci się, że przynależysz, okazuje się wrogie i prędzej czy później cię odtrąci. Co więcej, nie od samego początku może to być oczywiste.

Chociaż „Brooklyn” (2015) może skończyć się na dwa sposoby i odbiorca ma tego świadomość, to żaden z nich nie jest od początku do końca tym pewnym. Ellis ma do podjęcia bardzo ważną decyzję zaważającą na jej życiu, jednak właściwie do samego finału trudno przewidzieć, jaki będzie werdykt. Przesłanki często się zmieniają i kiedy już wydaje się, że decyzja dziewczyny będzie taka, a nie inna, następuje coś, co zmienia sytuację o 180⁰. To jeszcze dobitniej pokazuje, z jak trudnym dylematem boryka się główna bohaterka i jakie opory budzi w niej podjęcie konkretnego wyboru.

Prosta historia ubrana jest w jeszcze prostszą formę. Brak tutaj zapierającej dech w piersiach akcji, zmieniających się jak w kalejdoskopie kadrów, udziwnionych ujęć czy kontrowersyjnych scen. Nawet erotyczne uniesienia pomiędzy bohaterami zostały ukazane z dobrym smakiem, bez zbędnej nagości czy szokujących elementów. Dla niektórych film może wiać nudą, bo sceny zdają się być wydłużane. Dostajemy analizę psychologiczną bohaterów zamiast wartkiej akcji. Jednak dla wielu ta delikatność będzie stanowiła mocną stronę całej produkcji. Dopełnieniem wszystkiego jest ścieżka dźwiękowa autorstwa Michaela Brooka. Kanadyjski kompozytor znany jest przede wszystkim z muzyki do takich produkcji jak: „Wszystko za życie” (2007), „Fighter” (2010) czy „I że cię nie opuszczę” (2012). W tym przypadku po raz kolejny udowodnił, że jest w stanie „wbić” się idealnie w gatunek i stworzyć kompozycje, które będą dopełnieniem całości, nie kolidując z opowiadaną historią ani tym bardziej nie przeszkadzając w jej odbiorze.

Nominację oskarową – zresztą bardzo zasłużoną – za rolę pierwszoplanową zgarnęła Saoirse Ronan, która wcieliła się w główną postać – Ellis Lacey. Kreacja ta wymagała specyficznej wrażliwości. Z jednej strony Ellis to młoda kobieta, która poszukuje swojego miejsca w świecie, jednak z drugiej – nieustannie próbuje rozgryźć swoją własną tożsamość, która związana jest z miejscem zamieszkania. Kobieta czuje się zagubiona, odczuwa sentyment i tęsknotę za swoją ojczyzną, ale jednocześnie ma świadomość, że o wiele mocniej przynależy do brooklińskich ulic. Kiedy staje przed decyzją, co dalej robić ze swoim życiem, jest mocno rozdarta. Ronan pokazała to w sposób szczery do granic możliwości, nie epatując przy tym nadmiernym tragizmem. Z charakteru jej postać jest bardzo skryta i nie dzieli się chętnie swoimi przeżyciami. Aktorka poprowadziła ją w sposób konsekwentny. Dramatyzm nie polega tu na konwulsyjnych reakcjach, ale na cichym przeżywaniu wewnątrz siebie. O wiele łatwiej byłoby zagrać zewnętrzne emocje niż to, co się rozgrywa w środku. Saoirse Ronan postawiła na delikatną melancholię i nostalgię ujawniającą się jedynie w mimice, gestykulacji i sposobie wypowiadania słów, przy czym to ostatnie pozostaje ograniczone do minimum.

Produkcja zgarnęła również nominację za najlepszy scenariusz adaptowany. Film to ekranizacja powieści autorstwa Colm Toibin o tym samym tytule. Scenarzysta Nick Hornby udowodnił, że można świetnie poprowadzić historię opierającą się przede wszystkim na przeżyciach głównej bohaterki. Wykorzystał on prostotę opowieści, która jednocześnie całkowicie pochłania widza – i to bez zbędnych ulepszeń.

Czasem nasze życie powinno iść w kierunku, którego najmniej się spodziewamy, powinniśmy wyjść ze swojej skorupy przyzwyczajenia i oczywistości, aby zobaczyć nową drogę. Niejednokrotnie to, co pewne i jednoznaczne jest tym, co powinniśmy zostawić za sobą, wybierając to, co niesprecyzowane i z pozoru ryzykowne. A wtedy zrozumiemy, że tu jest nasze życie. O tym właśnie jest film „Brooklyn”.

Author: Anna Zemełka

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *