Mole książkowe i łowcy autografów

Wydawnictwa, wydawnictwa… Gdzie jest ich najwięcej na metr kwadratowy? Na myśl przychodzą tylko Targi Książki.


Targi w Polsce

Targi książkowe, podobnie jak motoryzacyjne, ślubne, kulinarne, turystyczne czy targi pracy, odbywają się w wielkich halach z mnóstwem stoisk. W Polsce w ciągu roku odbywa się kilkanaście takich imprez. Na początku roku w Poznaniu, w kwietniu w Białymstoku, w maju w Warszawie, po przerwie wakacyjnej w Krakowie i Katowicach, a na zakończenie roku – we Wrocławiu. To były targi – nazwijmy je – „ogólne”, ale są też specjalizacyjne – targi książek dla dzieci („Dobre strony” – Wrocław), publikacji naukowych (Warszawa, Wrocław), targi wydawców katolickich (Warszawa), edukacyjne (Kraków, Kielce, Łódź) czy książek historycznych (Warszawa).

Wpadka i wótdka

Najwięcej mogę wam powiedzieć o targach wrocławskich. Kiedyś nazywały się „Wrocławskie Promocje Dobrych Książek”, w skrócie WPDK – w środowisku wydawniczym pieszczotliwie zwane „wpadką”. W zeszłym roku zmieniono „Promocje” na „Targi”, w wyniku czego zmienił się skrót i środowisko miało zagwozdkę. Szybko się jednak okazało, że z nowego skrótu da się zrobić „wódkę” (albo „wótkę”). Obie nazwy przemiłe, prawda? Oprócz nazwy zmieniła się także lokalizacja – z okolic Galerii Dominikańskiej (Muzeum Architektury i Galeria BWA) impreza przeniosła się na dworzec główny. Zdziwienie? Nie! Był to strzał w dziesiątkę! Na przepięknie odremontowanym piętrze dworca zmieściło się więcej wystawców, spotkania z autorami i stoiska były w jednym miejscu (a nie jak wcześniej oddalone od siebie o pół kilometra), dostępna też była przytulna kawiarenka w zapierającej dech w piersiach sali sesyjnej, a na targi mogli zajrzeć czekający na pociąg.

Pytani przeze mnie wydawcy również uważali, że w nowym miejscu jest więcej przestrzeni i „oddechu”. Podczas targów 2012 r. do spotkania z Małgorzatą Musierowicz w Muzeum Architektury ustawiła się tak wielka kolejka czytelników, że zablokowała ona cały ruch w budynku. Autorki nie było we Wrocławiu od kilkunastu lat, więc organizatorzy mogli spodziewać się (przewidzieć?) tłumu fanów. To wydarzenie pewnie nie było czynnikiem decydującym o zmianie lokalizacji, ale na pewno rozdrażniło odwiedzających. A tych nie brakuje. Z wrocławskimi targami jestem związana od kilku lat i często spotykam osoby, które pamiętają początki tej imprezy odbywającej się już od 20 lat. Co roku projektowana jest specjalna pieczątka – tzw. exlibris – którą wolontariusze przybijają w zakupionych podczas targów książkach.

Od kuchni

Targi można oglądać z trzech stron – wydawcy, gościa i organizatora. Wydawca (choć najczęściej przyjeżdżają na targi marketingowcy) ma nie za fajnie: stoi właściwie cały dzień przez kilka dni od rana do wieczora, ruszyć się nie może, bo stoisko, więc najlepiej jak jest ich dwóch. A jeśli jeden? Kiedy chcą wyjść, proszą o popilnowanie stoiska obsługę-łamane-przez-wolontariuszy. To druga strona targów. Cierpliwie wskazują gościom kierunki, sale, odpowiadają na pytania typu: dlaczego nie ma wydawnictwa Znak? Czy jest jakieś wydawnictwo, w którym można kupić książki technologiczne? Gdzie jest stoisko Publicatu? Z którego peronu odjeżdża pociąg do Bielska?

Tak. Nie przewidziało wam się – podczas ostatnich targów na dworcu właśnie tego typu pytań było najwięcej. Obsługa dowiaduje się też, czy wydawcy chcą zamówić obiad i informuje, że następnego dnia do stoisk będzie można się dostać tylko jednym wejściem. Rozdaje ulotki, gazety i przybija pieczątki. Z tych trzech stron najlepiej mają goście – chodzą, kupują, spotykają się z pisarzami, zbierają autografy. Czasami muszą się trochę ścisnąć, gdzie indziej rozepchnąć łokciami.

Goście

Są stali bywalcy. Jak ci Wrocławianie od lat przychodzący i zbierający pieczątki. Nawet nie są nałogowymi czytaczami, tylko po prostu podoba im się to klimatyczne wydarzenie od lat odbywające się w tym mieście pełnym klimatycznych wydarzeń kulturalnych. Zawsze wychodzą z czymś w torbie – w końcu na czymś muszą przybić exlibris. Są też mole książkowe. Wybierają niszowe wydawnictwa, szukają na targach perełek, rozmawiają z wydawcami o książkach, dają się przekonywać lub nie. Nawet nie za bardzo interesuje ich cena. Powoli sobie chodzą i oglądają. Zawsze wychodzą z czymś w torbie. Są też mole książkowe, które wiedzą, czego chcą i od razu kierują się w stronę ulubionego wydawnictwa.

Następna kategoria to poławiacze: poławiacze cen i autografów. Poławiaczom cen ciśnienie wzrasta z każdym stoiskiem a twarz rozświetla uśmiech. Przeceny 30%, 50%, 70%, książki za piątkę, za dyszkę – kupują i uważają, że zrobili interes życia. Zawsze wychodzą z czymś w torbie. Rzeczywiście, targi to okazja na tańsze zakupy. Poławiacze autografów i celebrytów – zjawisko niewystępujące wprawdzie we Wrocławiu, ponieważ targi są za małe, ale już w Krakowie występuje ich silna grupa. Krzysztof Hołowczyc, Magda Gessler, Karolina Korwin-Piotrowska, Nergal (a jakże!), Wojciech Cejrowski, Jerzy Stuhr, Michał Ogórek – czy coś napisali? No coś tam chyba tak, ale właściwie nieistotne – byle będzie wspólne zdjęcie i autograf. Na krakowskich targach jest na to i miejsce – od tego roku również zmieniają lokalizację na nowoczesną halę Międzynarodowego Centrum Targowo-Kongresowego EXPO.

Targi w Krakowie

Organizowane z wielkim rozmachem, określają się takimi liczbami: 570 wystawców, 40 tys. odwiedzających, 600 autorów i 300 dziennikarzy, 5, 7 lub 18 zł za bilet wstępu. Zawsze w październiku. Jak już wspomniałam – obecność celebrytów. Stoisk tak wiele, że może rozboleć głowa, a po dniu chodzenia po targach jest się zmęczonym, jakby się zdobyło – no powiedzmy – Nosal. Tak jak przy większości podobnych imprez, tak i krakowskim targom towarzyszą spotkania na mieście i wykłady w salach seminaryjnych oraz atrakcje dla dzieci. Wymyślono Cztery Salony: Wydawców Katolickich, Wydawców Szkół Wyższych, Nowych Mediów i Małe Ojczyzny.

W tym roku nowością będzie piąty Salon – Książek Dziecięcych. Najciekawsze moim zdaniem są prezentacje wydawców i firm związanych z nowymi mediami. Czytelnik Może zapoznać się z najnowszymi czytnikami książek elektronicznych, e-bookami, audiobookami, dowiedzieć się, czym jest papier elektroniczny. Ciekawe są również Małe Ojczyzny – salon, w którym promuje się kulturę i literaturę danego regionu Polski. W tamtym roku zajmowano się Kaszubami, wcześniej Podhalem i Śląskiem – na jaką małą ojczyznę padnie w tym roku?

Wszystko pięknie, ale…

Łukasz Gazur („Dziennik polski”) pisał w zeszłym roku o targach krakowskich: małym wydawcom nie opłaca się przyjeżdżać. Powołuje się na opinię wydawnictwa Amea, które na swojej stronie internetowej podało informację, że jako mała firma nie pojawi się na targach. Właścicielka wydawnictwa – Beata Rudzińska – wyjaśnia: „Po kilku latach wystawiania się na rozmaitych targach książki doszłam do wniosku, że dla tak małej oficyny jak moja tego rodzaju przedsięwzięcia są przedsięwzięciami chybionymi. Otóż małe wydawnictwa mają najczęściej małe stoiska. Nie są zatem strategicznymi i finansowymi partnerami dla organizatorów”. Uważa ona, że czytelnicy przychodzą po znane, reklamowane wcześniej książki, by zakupić je w okazyjnej cenie. Grażyna Grabowska, prezes targów krakowskich, odpowiada na bojkot Amei: to szerszy problem – nie dotyczy jedynie imprezy w Krakowie, a sytuacji małych wydawnictw w ogóle.

Na koniec

Obie strony mają rację – owszem, stoiska mniej znanych firm często są mijane przez zwiedzających, jednak właśnie na targach dostają szansę, aby bardziej zaistnieć, ponieważ mają żywy kontakt z czytelnikiem. Chociaż wzbudzenie jego zainteresowania może być trudnym zadaniem…

Prywatnie lubię targi ze względu na możliwość pogadania z wydawcą. Wiadomo, nie wszystkich to rajcuje (właściwie nie znam nikogo takiego), ale daje mi to sporo satysfakcji, ponieważ książka nie jest wtedy nośnikiem informacji albo fikcji literackiej, tylko historią wielu ludzi – często ludzi z pasją – oraz nośnikiem wielu perspektyw. To, co jest w niej zapisane, to tylko ułamek całości. W ten sposób kupiłam powieść Pavola Rankova w Słowackich Klimatach. Zupełnie się nie interesuję literaturą słowacką, o Słowacji wiem tylko tyle, że z nami graniczy, ale książkę mam. Nabyłam oczarowana opowiadaniem pracowniczki wydawnictwa.

Author: Andrea Marx

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *