Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia

Domowe rozmowy małżeńskie prowadzą nierzadko do ciekawych wniosków. Jednym z ostatnich było stwierdzenie mojego lubego, że „ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia”.


Początkowe oburzenie z mojej strony, pod tytułem „jak możesz tak w ogóle mówić?!” dość szybko ustąpiło miejsca zrozumieniu. Po chwili zastanowienia, która nie pomogła w znalezieniu żadnych sensownych argumentów przeciwnych tej tezie, musiałam z moim małżonkiem się zgodzić. To z kolei sprowokowało głębsze rozmyślenia nad tym, jak to właściwie z tymi różnymi katolickimi zasadami jest i dlaczego tak trudno żyć w zgodzie z nimi. Może życie człowieka wierzącego byłoby o wiele łatwiejsze bez tych wszystkich „rzeczy zabronionych”? Kto wie, być może wtedy więcej osób przekonałoby się do Boga.

NIE DLA KAŻDEGO

Nie czarujmy się – wiara katolicka i związane z nią podążanie szlakiem wytyczonym przez Magisterium Kościoła (pośrednio przez samego Jezusa) nie jest dla mięczaków i nie każdy może dać sobie z tym radę. Problem zaczyna się już od podstaw: miłuj Boga i bliźniego, jak siebie samego. Potem jest jeszcze bardziej pod górkę, a sam Dekalog to już w ogóle nic tylko rzucanie nam pod nogi coraz większych kłód: dzień święty trzeba święcić, nie kłamać, nikogo nie obgadywać, nikomu nic nie zabierać, nawet nie pragnąć za bardzo czegoś, co ma bliźni! Gwoździem do trumny jest moralność seksualna kształtowana na wzór podany przez Kościół: seks tylko po ślubie, pożycie małżeńskie tylko w zgodzie z naturą, żadnej antykoncepcji ani łóżkowych udziwnień.

Wszelkie możliwe zakazy, nakazy i inne drogowskazy dotyczące tego, jak żyć w zgodzie z sumieniem, często są ponad ludzkie siły. Wydaje się, że Bóg bardzo wysoko ustawił poprzeczkę i człowiek nie dość, że ciągle ją zrzuca, to czasem w ogóle nie może jej dosięgnąć. To z kolei prowadzi do zniechęcenia – coraz trudniej jest nam podążać za katolickim nauczaniem. A kolejnym krokiem jest obrzydzenie – do Kościoła, że tak restrykcyjnie układa nam życie, a w końcu i nawet do Boga, że chce nam odebrać naszą wolność.

KOŚCIÓŁ TERRORYSTA

Wydaje mi się, że pierwszy problem polega na tym, że wielu ludzi postrzega zasady wyznaczone przez Ewangelię jako zamach na wolność. Kościół traktowany jest tutaj jako wróg, który coś chce odebrać, przywłaszczyć sobie. Zasady, zgodnie z którymi katolik powinien żyć, to nie tyle drogowskazy czy instrukcje, ale bezlitosne komendy, które trzeba nam wypełniać. Takie podejście rodzi bunt, bo przecież nikt nie lubi, kiedy dyktuje mu się, mu jak ma postępować. Nikt też nie lubi, kiedy coś mu się zabiera, a terrorystyczny Kościół dąży właśnie do tego, aby wszystko człowiekowi zabrać – całą z życia przyjemność, wszystko, co w tym życiu jest dobre, każde ułatwienie, jakie zagwarantował nam do tej pory postęp cywilizacyjny.

WSZYSTKO MI WOLNO

Teraz napiszę coś, co wielu może zdziwić. Szczególnie zaś wszystkich tych piewców tragicznej nowiny, jakoby Kościół zagrabiał sobie wolność, próbując wprowadzić nieludzkie zakazy. UWAGA: Kościół niczego Ci nie zabrania! Potwierdzone info – możesz robić, co Ci się żywnie podoba, co sobie wymyślisz, co tylko sobie zapragniesz. Cytując klasyka: „kochaj i rób co chcesz”, pamiętając o złotej zasadzie, że moja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka.

Więc o co chodzi z wszelkimi zasadami narzucanymi człowiekowi przez Magisterium Kościoła? Idealnie oddaje to cytat z Listu do Koryntian: „Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę” (1 Kor 6, 12). To nie zakazy ograniczają naszą wolność – sami ją sobie ograniczamy, będąc w niewoli naszych zmysłów i pożądliwości. Nie ma przecież niczego tak zniewalającego człowieka, jak jego własne emocje. Złość, smutek, popęd seksualny, chciwość – to one nierzadko trzymają człowieka w swoich szponach, nie chcąc wypuścić. To one zniewalają i dyktują, co masz robić. One ciągle są niezaspokojone i w zaborczy sposób zawłaszczają naszą wolność.

DAĆ SIĘ UKSZTAŁTOWAĆ

Cały szkopuł tkwi w tym, aby pozwolić się ukształtować. Kościół wyznacza nam ścieżkę, na którą albo wejdziemy, albo nie – mamy wybór. Jest to ścieżka nieustannej pracy nad sobą, ścieżka wybitnie trudna, bo wymaga od człowieka sporo wysiłku i nieraz zaparcia samego siebie. Dlatego trzeba przyznać otwarcie: ten cały katolicyzm faktycznie trudny jest do przeżycia. Jest w tym wszystkim jednak sposób, który prowadzi do doskonałości. Pracujemy nad swoimi namiętnościami, nad wszelkimi popędami, nad pokusą hedonistycznego życia, które człowieka psuje od środka. Podążanie za sugestiami danymi nam przez Kościół sprawia, że mamy szansę poznać siebie samego, podjąć refleksję nad swoim człowieczeństwem, nad sferą umysłową. A finalnie „kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 24, 13).

Ja wiem – to wszystko brzmi jak puste slogany, jak dobry marketing, wciskany tylko po to, żeby coś sprzedać. Problem w tym, że tutaj albo wejdziesz w to wszystko cały, albo nic z tego nie będzie. Tutaj trzeba podjąć ryzyko. Nie ma się co czarować: będzie bardzo trudno. Każdy z nas ciągle jest targany jakimiś „chceniami”, czymś, co nęci i uwodzi. Czymś, co obiecuje przyjemność i spełnienie. Dlatego jeśli już dokonamy wyboru, to wielokrotnie będziemy sobie pluć w brodę ze słowami „po co mi to było?!”. Ale potem, kiedy emocje już opadną, będziemy ze swojej decyzji zadowoleni.

Problem jest też z naszym otoczeniem. Bo chociaż sama obracam się w środowisku raczej katolickim, praktykującym, to nawet wśród tych ludzi rodzi się bunt skierowany przeciwko Bożym zasadom. A z tego buntu rodzi się z kolei cynizm skierowany bezpośrednio w tych, którzy jednak tych wszelkich reguł chcą się kurczowo trzymać. Bo jak tak można do kościoła chodzić częściej niż raz w tygodniu, w niedzielę? Jak tak można seks uprawiać dopiero po ślubie, a w małżeństwie robić to zgodnie z naturalnymi metodami planowania rodziny?

CO NAM SZKODZI

W takich chwilach zwykle przychodzi mi na myśl Zakład Pascala, w którym matematyk rozważa dwie opcje: człowiek może wierzyć lub nie wierzyć w istnienie Boga. Pierwsza opcja sprawia, że na rzecz modlitw i moralnego życia tracisz życie doczesne, ale zyskujesz życie wieczne. Natomiast druga droga zapewnia zatrzymanie życia doczesnego, ale stratę życia wiecznego. Wniosek z tego taki, że skoro życie ludzkie tu na ziemi i tak jest krótkie, to jednak wiara bardziej się człowiekowi opłaca, bo może zagwarantować mu życie wieczne. Więc co nam właściwie szkodzi chociaż spróbować?

Author: Anna Zemełka

Podziel się artykułem na

1 Comment

  1. Kiedy była o wiele młodsza, to moja wiara była w sporej części oparta właśnie na zakładzie Pascala.Później się to zmieniło, i chociaż obracam się również w środowisku osób niewierzących, to wiem, że tzw. ,,zakazy" tak naprawdę służą mojemu dobru. Czasami tylko trzeba porzucić ludzkie myślenie. Zresztą często intuicja podpowiada mi to, kiedy tak naprawdę jestem szczęśliwsza.

    Post a Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *