To jest szalona impreza!

Regularnie się bawią, podróżują, pływają i ciągle poznają nowych ludzi. Wspólnymi siłami sięgają tam, gdzie sami nigdy by nie dotarli. Każdy na swój sposób przełamuje bariery. Zdobywają swoje własne szczyty, aby odkrywać to, co w życiu najpiękniejsze. O wielkiej przygodzie z "Kliką" – Katolickim Stowarzyszeniem Osób Niepełnosprawnych i ich Przyjaciół, opowiada Ania Jaskółka.


źródło: www.facebook.com/Klika.krakow

Krzysztof Reszka: Czym jest “Klika” i jak do niej trafiłaś?

Anna Jaskółka: Prawda jest taka, że byłam kiedyś w pewnym duszpasterstwie i czytałam sobie Pismo Święte. Natrafiłam na taki fragment: "wiara bez uczynków jest martwa". Bardzo mnie dotknęło, że nie robię nic dobrego. Pomyślałam sobie że to, że jestem w duszpasterstwie jest tylko i wyłącznie z korzyścią dla mnie – spotykam się z ludźmi, których lubię, robię rzeczy, które lubię, a więc przede wszystkim biorę, a nie daję niczego od siebie komuś, kto mógłby tego potrzebować. Wtedy zaczęłam szukać jakiejś organizacji, która by pomagała osobom niepełnosprawnym. Usłyszałam o wspólnocie "Burych Misiów", która zajmuje się osobami niepełnosprawnymi psychicznie, ale stwierdziłam że to jednak nie jest dla mnie. Później pojechałam z moim duszpasterstwem na imprezę sylwestrową i tam poznałam takiego Krzyśka Reszkę (śmiech). Pomyślałam, że skoro on zna różne środowiska katolickie w Krakowie, to może słyszał o jakiejś organizacji charytatywnej zajmującej się osobami niepełnosprawnymi. A on powiedział, że jest “Klika” u dominikanów i zna Roberta Bednarza, który jest na wózku i bardzo chętnie pozna więcej osób, które mogłyby czasem gdzieś z nim wyjść na spacer, do kościoła czy na imprezę. A ja pomyślałam: "Może to jest właśnie to!". Co ciekawe okazało się, że Robert mieszka bardzo blisko mnie. I tak zaprzyjaźniłam się z nim, nie będąc jeszcze w “Klice”. A on mnie namawiał żebym przyszła, mówił, że jest fajnie, świetne imprezy, ciekawe spotkania i w ogóle czego oni tam nie robią! Ale ja początkowo się obawiałam… Niepokoiło mnie słowo "Klika", wyobrażałam sobie, że to zamknięte środowisko. “Klika” to jest dziwna nazwa, wydawało mi się, że strasznie trudno będzie się wkręcić w to towarzystwo…

A jak to wygląda naprawdę?

A.J.: Gdy minęło pół roku, odkąd zaczęłam kumplować się z Robertem, on zaprosił mnie na swoje urodziny. A na tej imprezie było mnóstwo ludzi z "Kliki". Robert mnie przedstawił: "to moja nowa koleżanka, Ania" – "O fajnie! A jedziesz z nami na obóz? Bo teraz jedziemy w lipcu na obóz" – "Robert namawiał mnie… ale wiecie, ja nie jestem w Klice więc… tak głupio, nie?" – "no ale spotykasz się z Robertem, pomagasz mu?". Więc odpowiedziałam, że tak: "spotykamy się raz czy dwa razy w tygodniu, chodzimy na spacery, na zakupy, do kościoła… wszędzie". Wtedy usłyszałam, że na tym właśnie polega "Klika" i że w takim razie ja już w niej jestem. To było dla mnie coś wspaniałego – poczuć się tak bezwarunkowo zaakceptowaną i przyjętą z otwartymi rękami.

I pojechałaś z nimi na obóz?

A.J.: Tak, na początku trochę się obawiałam, ale bardzo zapadły mi w pamięć słowa, że tam jest tak wyjątkowo… Ostatecznie się zdecydowałam i pojechałam. I muszę powiedzieć, że było naprawdę super! Na klikowym obozie są ogniska, gra się na gitarach, tańczy na dyskotekach, które sami sobie organizujemy (jest z nami DJ Wojtek, który też jest niepełnosprawny), jest pływanie, żeglowanie, spływy kajakowe. Już samo zwykłe pływanie z "Kliką" w jeziorze jest szaloną zabawą! Mamy też "chrzest" klikowy. Przechodzi go każda nowa osoba, ale to już jest owiane tajemnicą i nie mogę nic powiedzieć…

źródło: www.facebook.com/Klika.krakow

Czy zdarzało się, że ktoś nie przeżył takiego "chrztu"?

A.J.: Niektórzy byli o mały włos, ale zazwyczaj się udawało… To oczywiście taki żarcik. Myślę, że nie trzeba się obawiać o swoje zdrowie lub życie (śmiech). Mogę tylko powiedzieć że po "chrzcie" każdy jest brudny od stóp do głów, a jedną z atrakcji jest wspólne wskoczenie w ciuchach do jeziora w celu wstępnego opłukania się. To szalona zabawa… niezapomniana.

Co jeszcze się odbywa na waszych letnich wyjazdach?

A.J.: Na pewno nie można się nudzić! To jest taki czas, kiedy naprawdę znajduje się przyjaciół. Noce są nieprzespane, trzeba przyznać. Często gra się w gry planszowe, śpiewa się, gra, rozmawia na tematy egzystencjalne. To są nieraz naprawdę głębokie rozmowy. Ludzie się otwierają. Piękne w "Klice" jest to, że nikt tam nie czuje się dziwny. Jest tam tyle "dziwnych" osób, że każdy czuje się przyjęty, akceptowany, kochany takim, jakim jest. Dzięki temu człowiek może się otworzyć i porozmawiać na różne tematy, o których nie mógłby porozmawiać w innym towarzystwie, bo wstydziłby się lub bał odrzucenia. A "Klika" jest właśnie taka, że przyjmuje wszystkich z otwartymi ramionami.

Gdzie jeździcie na wakacje?

A.J.: To są często Mazury np. Rydzewo, Drawno.

A na południe Polski też się udajecie?

A.J.: Tak, ale nie na wakacje. Mamy taki domek w górach, w Polanie. To jest w środku lasu, warunki są zabawne – trzeba palić w piecu, aby coś ugotować, WC jest nieco dalej w oddzielnym miejscu. Właścicielem tego domku był pewien ksiądz, który był zaprzyjaźniony z "Kliką". On zapisał w testamencie, że domek należy do jego rodziny, ale "Klika" ma prawo korzystać z niego trzy razy w roku. To są zwykle wyjazdy od weekendu do weekendu – jesienią, zimą i wiosną. W tygodniu jest tam zazwyczaj tylko kilka osób, a na weekendy zjeżdża się 20-40 ludzi. To jest super, bo można chodzić sobie po górach. Zdarzało się, że kogoś na wózku też wywieźliśmy na górę. Raz była taka ciekawa historia, że nasz kolega, Andrzej Duka, bardzo chciał iść w góry. Szliśmy chyba wtedy na Babią Górę. On ma taką niepełnosprawność, że jest dość drobnej postury, więc zapakowali go do plecaka turystycznego, tak że wystawała mu tylko szyja i głowa. To było genialne, bo dzięki temu dotarł na szczyt i jego marzenie zostało spełnione. Taka jest właśnie “Klika” – nie ma tam rzeczy niemożliwych.

źródło: www.facebook.com/Klika.krakow

Czyli są wyjazdy letnie i trzy razy w roku wyjazdy w góry, gdzie można dojechać zwłaszcza na weekendy…

A.J.: Tak, są jeszcze wyjazdy na sylwestra. Podzieleni jesteśmy na dwie grupy – studencką i rodzinną, aczkolwiek ten podział nie jest zbyt dosłowny: w grupie studenckiej jest sporo rodzin z dziećmi i osób starszych wiekowo, a do grupy rodzinnej dołączają także bardzo młodzi ludzie i studenci. Ten podział wziął się stąd, że jest nas zbyt dużo, aby udało się ogarnąć taki tłum na jednym wyjeździe. Ja jeżdżę zawsze z grupą studencką i organizujemy sylwester przebierany. Co roku jest jakiś motyw przewodni i każdy się przebiera. Robimy też kostiumy osobom niepełnosprawnym. Są prześmieszne te tematy np. "morskie opowieści" – wtedy wszyscy przebierali się za jakieś ośmiornice, marynarzy, piratów, statki, żaglówki. Były tematy takie, jak "bajki Disneya", "Dziki Zachód". Co roku jest coś nowego i ciekawego. Genialnie wygląda, gdy potem w tych strojach tańczymy. Zabawa jest nieziemska. Tańczy się całą noc, ale jak ktoś nie lubi tańczyć, to jest też miejsce na rozmowy albo gry planszowe. Jest naprawdę “grubo”.

Organizujecie też rekolekcje?

A.J.: Tak, raz w roku jeździmy na Jamną, mamy różne konferencje prowadzone przez duszpasterza "Kliki" lub zaproszonego duchownego, śpiewamy oazowe radosne pieśni – tak zwana "sacro-muza". Są też spacery po pięknej okolicy. Mieszkamy w domkach, jest kościół oraz wielka sala, gdzie zwykle odbywają się wesela, a my wykorzystujemy ją do integracji. Może to nie brzmi jakoś "szałowo", ale w rzeczywistości jest niepowtarzalna atmosfera ciepła domowego, wspólnoty, jedności, radości. To jest wyjazd weekendowy – wyjeżdża się w piątek wieczorem, a wraca w niedzielę. W sierpniu jest też pielgrzymka do Częstochowy, jedni idą pieszo, a inni jadą na wózkach.

Gdy słucham tego, co mówisz, to odnoszę wrażenie, że takie przebywanie razem i pomaganie sobie bardzo zmienia mentalność i spojrzenie na życie, człowiek chyba odkrywa coś w sobie samym?

A.J.: Tak jest. Na każdego to działa inaczej. Już widziałam różne metamorfozy osób w "Klice". Ja sama przeszłam metamorfozę. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że dawniej byłam osobą, która pomaganie ludziom traktowała zadaniowo np. w tym momencie muszę kogoś nakarmić, a potem go położyć spać i zrobię to jak najlepiej. A "Klika" bardzo uwalnia od czegoś takiego, przynajmniej mnie uwolniła. Dzięki temu mogę podchodzić do sprawy na zasadzie: "Spoko, jesteś moim przyjacielem, więc ci zrobię kolację, ale jak mi się nie chce, to ci powiem, że mi się nie chce i ktoś inny ci zrobi. Albo nie zrobię żadnej kolacji, ale pójdziemy gdzieś na pizzę i też będzie dobrze". Nie jest tak, że osoba niepełnosprawna to jest ktoś "inny", kogo trzeba słuchać we wszystkim i mu służyć. Osoba niepełnosprawna to mój zwykły przyjaciel, taki sam, jak każdy inny przyjaciel czy kumpel. Tak samo mogę go opieprzyć, mogę wymagać od niego, polemizować z nim czy pożartować z niego. Podchodzę do niepełnosprawnego oczywiście z szacunkiem, ale w pełnej równości.

źródło: www.facebook.com/Klika.krakow

Czyli bez szantażu moralnego, bez źle pojętej litości czy patosu, tylko spontaniczna przyjaźń z drugim człowiekiem w pełnej wolności?

A.J.: Tak, to jest mój przypadek. Ale są inne przypadki przemiany, np. ktoś najpierw boi się osób niepełnosprawnych, ucieka, kiedy widzi taką osobę, nie potrafi z nią rozmawiać, bo nie wie, co powiedzieć… Ale to się zmienia po prostu, to są niesamowite historie. "Klika" daje dużo radości. Widzę też takie metamorfozy, że ktoś np. był osobą bardzo depresyjną a w "Klice" znalazł tyle radości, przyjaciół i wolności, że zaczął cieszyć się życiem i dostrzegać jego piękno.

A co jeśli ktoś się wstydzi pomagać niepełnosprawnym w korzystaniu z kąpieli czy toalety?

A.J.: Ludzie w "Klice" są bardzo "wylajtowani". Jeżeli czegoś nie chcesz robić, to nie robisz – pełna wolność. W "Klice" nie można sobie nie poradzić. Są osoby, które deklarują wprost, że nie są w stanie pomóc nikomu w higienie osobistej, więc pomagają w inny sposób. Ale takie opory po pewnym czasie zazwyczaj mijają. Rozmowy przy kąpielach są najlepsze, często wesołe lub bardzo egzystencjalne. Regularne przebywanie z daną osobą skłania do otwierania się. Jeżeli pomagasz komuś często, to rozmowy same przychodzą i zwykłe znajomości rozwijają się w świetne przyjaźnie.

Mówisz, że w "Klice" jest wiele przyjaźni, a czy są też małżeństwa osób niepełnosprawnych?

A.J.: Jest mnóstwo par i to każdego rodzaju, a więc związki dwóch osób pełnosprawnych lub zdrowej z niepełnosprawną. Jest też Asia Sych i Rysiu – ona jest na wózku inwalidzkim, a on jest niewidomy. Na razie nie są małżeństwem, ale są w sobie bardzo zakochani i radzą sobie, także z pomocą innych osób. Są też małżeństwa osób niepełnosprawnych z pełnosprawnymi np. Bawer i Grażyna Aondo-Akaa, Bogdan i Justyna Ślusarkowie, Hania i "Grucha". Ostatnio nasza Justynka wyszła za mąż za Pawła – on jest pełnosprawny, ona jest "wózkowiczką" (czyli w slangu klikowym osobą jeżdżącą na wózku).

A poza wyjazdami na Mazury, w góry, na sylwestra czy rekolekcje, jak funkcjonujecie tu na miejscu w Krakowie?

A.J.: Funkcjonujemy tak, jak normalni przyjaciele. Jeśli chodzi o stałe punkty programu, to co miesiąc jest spotkanie "Kliki". Najpierw msza święta u dominikanów, potem spotkanie do wieczora, a po nim idziemy wszyscy razem na dyskotekę albo na pizzę, albo na pizzę i piwo albo dyskotekę i piwo – tak po prostu jak dorośli ludzie, którzy się lubią. Żyjemy jak przyjaciele. Gdy czegoś potrzebujesz, to dzwonisz do kogoś lub piszesz na Facebooku. Pewnie częściej się zdarza, że osoba niepełnosprawna czegoś potrzebuje i pyta, czy możesz gdzieś ją zabrać, czy pójść z nią na zakupy… Najczęściej takie ogłoszenia są na Facebooku, ktoś wrzuca ogłoszenie w naszej grupie, że jest jakiś film, impreza czy koncert. Ale masz wolny wybór – jeżeli masz inne plany, to nie ma problemu. W "Klice" jest mnóstwo ludzi – bardzo szeroki wachlarz różnych osobowości i charakterów, dlatego każdy może tu znaleźć swoją bratnią duszę.

 

Author: Krzysztof Reszka

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *