Wszyscy gramy do jednej bramki

Już święty Paweł ganił chrześcijan, gdy jedni twierdzili, że są jego, a inni Apollosa. Nowy Testament w wielu miejscach podkreśla wagę zjednoczenia Kościoła w modlitwie i działaniu, pasterze Kościoła nawołują do tego od stuleci. Jak jest dzisiaj z tą współpracą różnorodnych środowisk kościelnych, których mamy tak wiele? Ile mamy inicjatyw ponad podziałami, a ile „prywaty”?


Odpowiedzieć może każdy, kto kiedykolwiek próbował zorganizować coś w zamyśle łączącego różne katolickie środowiska. Wydarzenie, inicjatywa, projekt – cokolwiek. Od lat działam w Kościele, w różnych grupach, duszpasterstwach, wspólnotach, tworzę różne dzieła, małe czy większe. W kilku różnych miastach, w grupach, prowadzonych przez księży diecezjalnych, zakonnych lub osoby świeckie. Niestety, w przeciągu ostatnich kilku lat niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o ich współpracę. Idzie jak po grudzie i nie widać, by miało być lepiej. Jakiś czas temu rozmawiałem z kilkoma osobami postawionymi dosyć wysoko wśród organizatorów Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016. Wyrażali oni wtedy nadzieję, że właśnie ŚDM będą jakimś bodźcem, prowadzących do tworzenia inicjatyw „ponad podziałami w naszym Kościele” (pamiętam, że padło dokładnie takie określenie). Jak będzie? Tego nie wiem. Chciałbym, aby to marzenie się spełniło, ale obawiam się, że zostanie po staremu.

Ładnych kilka lat temu w moim rodzinnym mieście próbowałem organizować wspólne Msze, modlitwy młodych z różnych parafii – zainteresowania nie było praktycznie w ogóle, każdy wolał w ten piątkowy wieczór siedzieć ze swoim księdzem w swoim kościele. Na studiach, gdy raz czy drugi poszedłem do innego duszpasterstwa, bo akurat znajomy ksiądz miał tam rekolekcje, były ostatki lub innego rodzaju spotkanie – patrzono na mnie często z zaciekawieniem, czasem wręcz się dziwiono. Bo przecież ja byłem „stamtąd”, i nagle przychodzę „tu”. Oczywiście, nie obyło się bez zapraszania, w stylu „u nas jest super, przychodź”, „widzimy się za tydzień, prawda?”, „fajnie byłoby, gdybyś przychodził na kolejne spotkania/Msze/modlitwy”. Jasne, że było w tym wiele prawdziwej zachęty, grzeczności. Nie wierzę niestety w to, że nigdy nie było to podszyte chęcią „zgarnięcia mnie” z dotychczasowej grupy do nowej. Ale mi po prostu dobrze było z tym, że w moim diecezjalnym kościele parafialnym co niedziela służyłem do Mszy, w tygodniu byłem w duszpasterstwie jezuitów/dominikanów w mieście, w którym studiowałem, w piątki chodziłem „na wspólnotę” do oblatów, a czasem pojechałem na rekolekcje do franciszkanów. Niektórym widocznie się to nie podobało, bo celowali we mnie ciętymi uwagami. O ile w każdym z tych miejsc czułem się dobrze, starałem się coś w nie wnieść i sam wychodziłem podbudowany, o tyle nie powinno to nikomu przeszkadzać. Niestety, było inaczej.

Nie lepiej jest z organizacją większych wydarzeń, tworzonych nie tylko miejscowej wspólnoty czy duszpasterstwa, ale dla szerokiego grona odbiorców. Spróbuj zorganizować duże, kilkudniowe rekolekcje i ściągnąć na nie ludzi spoza swojego religijnego środowiska. Mówię tutaj i o zaproszeniu do ich współtworzenia, jak i do prostego uczestnictwa. Jasne, że są pewne osoby czy inicjatywy, wręcz skazane na mniejszy czy większy sukces (Lednica, wykłady o. Szustaka OP), ale poza tym – możesz walić z grubej rury, zapraszać naprawdę znanych i ciekawych gości, organizować nie wiadomo jakie atrakcje, „marnować” czas i pieniądze na promocję, a i tak przyjedzie niewielu. Jeśli robisz coś w lokalnym duszpasterstwie/wspólnocie – ok, przyjdą jej obecni i może byli członkowie, może wezmą znajomych. Jeśli robisz to pod szyldem duszpasterstwa zakonnego lub diecezjalnego – ok, z parafii tej diecezji czy zakonu przyjedzie więcej lub mniej młodych. Ale z innych? Tutaj będzie dużo gorzej. Bo ta parafia/ruch/zgromadzenie to chyba nie dla nich, nie ich klimaty, nie to towarzystwo. Niby ten sam Kościół, ten sam Jezus, ta sama Ewangelia, pieśni śpiewane te same, modlitwy na nabożeństwach te same, ale podświadomie klasyfikuje się to jako „inne”, „obce”, jakby byli tam członkowie innej religii czy sekty.

Rzadko kto zechce ni stąd, ni zowąd wejść do „waszej” grupy, rzadko kto będzie się utożsamiał z „waszą” duchowością, charyzmatem (choć może w ogóle to spotkanie nie będzie miało z nim związku). Uproszczając – mało kto będzie chciał ryzykować, że okaże się „inny”, nawet wtedy, gdy nie będziecie niczego od niego wymagali i tylko cieszyli się wzajemnie ze swojej obecności, choć przez kilka godzin. Słyszeliście, żeby różne katolickie grupy robiły wspólnie coś niezobowiązującego? Wspólne imprezy, Msze, spotkania (chlubnym wyjątkiem jest tutaj np. obóz duszpasterstw Wrocławia i Opola w Białym Dunajcu, ale takich przypadków jest bardzo niewiele). Często spotkają się w kościołach czy salkach, oddalonych od siebie o pięć, dziesięć minut piechotą, a w ogóle się nie integrują, nie znają. Modlą się do tego samego Boga, starają się żyć tymi samymi Jego słowami, ale każdy u siebie, w swoich czterech ścianach. Widzieliście kiedyś, aby jeden zakon robił jakąś zbożną akcję, a inny publicznie ją chwalił i reklamował? Albo czy media katolickie współpracują przy tworzeniu ciekawych inicjatyw lub chociaż chętnie udostępniają to, co napisze/nakręci „konkurencja”? Często grozi to stworzeniem zaklętego kręgu wzajemnej adoracji, ale to już całkiem inna historia.

I o ile można jeszcze łatwo zrozumieć, że kogoś po prostu może nie interesować dana tematyka, może nie czuć duchowości danej wspólnoty, może bać się samotności w nowym towarzystwie, o tyle trudno zrozumieć brak chęci współpracy ze strony osób, które mogą naprawdę pomóc. O kogo chodzi? O animatorów, liderów, wszystkich „szefów”, a szczególnie – księży. Niestety, księży. Próbowaliście kiedyś uzyskać od jakiegoś księdza zgodę na powieszenie waszego plakatu w kościelnej gablotce? Albo co gorsza – o to, by wasze ogłoszenie mogło paść z ambony, czy też dostało się na stronę internetową czy Facebooka jego parafii, wspólnoty, duszpasterstwa? Jeśli nie masz „pleców” albo naprawdę znanego nazwiska, którym się pochwalisz, to praktycznie możesz sobie darować.  Ekstremalnie przykre są również te sytuacje, gdy wewnątrz danych grup następuje podział, gdy brak jedności. Na szczęście nieczęsto zdarzają się takie sytuacje, gdy np. duszpasterstwo organizuje wielką akcję i potrzebuje rąk do pracy, a część jego członków w tym samym czasie urządza sobie jakąś prywatę i gra do własnej bramki. Jasne, że coś tam może nam się nie podobać, coś tam może nas nawet nudzić, ale solidaryzm i szacunek dla czyjejś pracy często wymagają tego, by jednak w czymś mieć swój wkład, a na pewno nie torpedować szczytnych planów.

W „Może coś Więcej” staramy się wspierać różnego rodzaju inicjatywy, bo dobrze wiemy, jak jest z taką pomocą i zainteresowaniem. Niektóre z nich są małe i prawie o nich nie słychać, inne są duże i w pewnych kręgach znane, jedne mają dostatek pieniędzy, inne klepią biedę i muszą kombinować (w pozytywnym tego słowa znaczeniu). Za jednymi stoją poważne organizacje kościelne i profesjonaliści, za innymi grupka zapaleńców, która przede wszystkim chce, a dopiero potem zastanawia się, jak osiągać dobro, które sobie wymyślili. W tym tylko roku rozmawiałem z kilkoma osobami z różnych stron Polski, które były wręcz załamane tym, co tutaj opisuję. Było im bardzo smutno z powodu tego, że chcieli zrobić coś prawdziwie dobrego, na czym w ogóle nie zarabiali, że nie chcieli w nikogo nic wmuszać, tylko prosili o choć symboliczną pomoc w nagłośnieniu czy organizacji swojej inicjatywy, a ze strony ludzi Kościoła czy też członków różnych wspólnot spotkało ich tak małe zainteresowanie, by nie rzec – odrzucenie. Jasne, że może być już całkiem spora ilość ogłoszeń, że wejście do kościoła czy salki może być już nieźle zaplakatowane, że strona czy fanpage nie są przede wszystkim po to. Chodzi jednak o choćby drobne gesty pomocy, życzliwości wobec kogoś, kto bezinteresownie chce zrobić coś dobrego dla naszego Boga i naszego Kościoła, a więc w jakiś sposób i dla nas. Nawet w zeszłym tygodniu rozmawiałem z dziewczyną, która spędziła kilka dni na mailowaniu, telefonowaniu i spotkaniach z księżmi, liderami czy mediami, które chciała zainteresować pewnym ciekawym pomysłem. Ich wkład miał być wręcz symboliczny – wspomniany wcześniej link w Internecie, plakat w gablotce, kilka słów na spotkaniu czy Mszy. Efekt? W miażdżącej ilości przypadków została zbyta i słyszała teksty w stylu, że to „nie ich klimaty”, „a po co, a na co to komu”, „kto właściwie za tym stoi” albo „nie mają czasu na takie rzeczy”. Bliższa ciału koszula? Szkoda, że w często również w naszym Kościele.

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *