Nie wszystkie koty są czarne

Wrocław to niesamowite miasto, pełne niesamowitych ludzi. Wolontariuszki z wrocławskiego osiedla Kuźniki są jednymi z nich.  Charyzmatyczne, niezłomne, uparte i ambitne, postanowiły swoje życie zadedykować tym, którzy nie są nawet w stanie poprosić o pomoc, wypowiadając wojnę obojętności, okrucieństwu i niezrozumieniu. Działając za pośrednictwem Facebooka i grupy “KOTY Z KUŹNIK”, prowadzą aktywne adopcje wolno bytujących, naznaczonych przez los, kotów.


Marta, opowiedz mi czym się zajmujecie?

– Na tą chwilę jesteśmy grupą inicjatywną, która od 2014 roku działa na Wrocławskim osiedlu domków jednorodzinnych, Kuźniki. Żyje tam bardzo dużo kotów wolnobytujących. My je dokarmiamy, wyłapujemy na leczenie, na sterylizację i na kastrację. Jeśli koty z jakiegoś względu nie mogą wrócić na miejsce swojego bytowania, szukamy dla nich schronienia w domach tymczasowych. Tam po zakończeniu leczenia, oczekują na adopcję. W latach 2014-2016 udało nam się znaleźć domy dla  74 kotów. Nie ma jeszcze końca roku, więc myślę, że do tego czasu ta liczba na pewno się powiększy. Poza tym, od 2015 roku prowadzimy również grupę “KOTY do Adopcji WROCŁAW”, w której udostępniane  są  ogłoszenia adopcyjne z całego województwa dolnośląskiego. Trzecia grupa to “OPIEKA DLA ZWIERZĄT WROCŁAW”, której główną ideą jest znajdowanie opieki dla pupili na na czas nieobecności właściciela w domu . Są to oferty płatne  lub bezpłatne, u kogoś w domu, u siebie w domu. Ta grupa jest jeszcze niewielka, liczy 300 osób, ale również się rozrasta.

Skąd pozyskujecie środki?

– Ponieważ nie jesteśmy fundacją, organizujemy na Facebooku bazarki i wystawiamy różne przedmioty na aukcję. Cały dochód przekazujemy na utrzymanie i leczenie kotów. Bazarki zaczęły się w 2015 roku, aw tej chwili stworzyliśmy grupę prawie 500 osób,  które aktywnie dla nas licytują. Organizujemy kilka edycji w ciągu roku i ciągle zbieramy nowych sympatyków.  Ostatnio też, udało nam się nawiązać współpracę z biblioteką jednej ze szkół wyższych, gdzie studenci w ramach kary za nieoddane w terminie książki, wpłacają pieniądze na koty oraz zbierają dla nich dary. Dla nas jest to ogromna pomoc.

Powiedz mi skąd wziął się ten pomysł i ta inicjatywa pomagania właśnie kotom? Jak to się wszystko zaczęło?

– Moja historia, z wolontariuszkami działającymi na Kuźnikach, zaczęła się w zeszłym roku, Ich działalność rozpoczęła się rok wcześniej niż moja. Znajdowało się tam stado prawie 70 kotów, które były albo rozjeżdżane przez samochody, albo umierały w krzakach, albo ktoś do nich strzelał lub je truł. Ze względu na to, że na tamtą chwilę, żadna fundacja nie podjęła się ogarnięcia tego stada, dziewczyny zebrały się same. No i tak to się zaczęło.

Ile osób jest w to mniej więcej zaangażowanych? Mówiłaś, że prowadzisz aż 3 grupy na facebooku? Na ile osób możesz faktycznie liczyć?

– Od 2015 współpracuję z Basią, która karmi i łapie koty oraz Dorotą, która pomaga mi z dowozami, przy nagłych interwencjach oraz, która tak naprawdę powołała całą grupę. Ogarnianiem maili, adopcji, ogłoszeń, poszukiwaniem domów tymczasowych oraz podejmowaniem decyzji, zajmuję się sama.

A dlaczego akurat koty? Nie myślałaś, żeby dołączyć do innych istniejących już inicjatyw, np. do schroniska?

– W schronisku byłam wolontariuszką jako nastolatka, potem życie zawodowe i rodzinne odsunęło mnie o tych działań. W 2014 roku, za pośrednictwem jakiejś inne grupy z Facebooka, zauważyłam zgłoszenie, że właśnie na Kuźnikach, jest kotek z hipoplazją móżdżku. Jest to ciężka choroba układu nerwowego, która jest  powikłaniem poporodowym. Kotek nie mógł samodzielnie jeść, chodzić, ani spać, ponieważ cały czas się kiwał. Pod wpływem impulsu postanowiłam pomóc w jego odłowieniu i leczeniu. Potem dołączyłam do jednej z wrocławskich fundacji, jako wolontariusz administracyjny, a potem już tak wyszło, że poszłam pracować w teren. Szczerze mówiąc, jak byś się mnie zapytała kiedy i dlaczego, to nie mam bladego pojęcia.

Jaki był wasz najtrudniejszy przypadek, który udało się znaleźć i faktycznie pomóc? Widziałam na grupie kilka naprawdę tragicznych zdjęć kotków, które dzięki Waszej pracy już dochodzą do siebie.

– Jednym z przykładów jest na pewno Khian, który urodził się na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu. Okazało się, że miał bardzo zaawansowany koci katar, który nieleczony poskutkował tym, że na jedno oczko w ogóle nie widzi i prawdopodobnie będzie ono usuwane, na drugim ma bardzo duże zwyrodnienia rogówki. My jednak walczymy o niego. Ma ogromną wolę życia, dlatego my mamy siłę do walki o jego zdrowie i życie.  Zwykle bywa tak, że przypadki beznadziejne motywują nas do większego działania. Te historie, mimo że tragicznie brzmiące, potem kończą się dobrze. W pamięć najbardziej zapadł mi jednak ten pierwszy, czyli Antoni Kiwaczek, od którego wszystko się zaczęło. Wydawać by się mogło, że on nigdy nie znajdzie domu, jednak trafił pod opiekę do studentów weterynarii, więc naprawdę lepiej nie mógł. Dali mu dom stały, w tej chwili skończył 1,5 roku i ma się fantastycznie.

A czy któryś z tych znalezionych kotów, rozkochał Cię w sobie tak bardzo, że nie oddasz go nikomu?

– Nie, ponieważ na początku tej pracy podjęłam decyzję, że nie będę domem tymczasowym, wymaga to ogromnej pracy. Musiałam się zdecydować, czy będę działać w terenie, czy w domu.. Świadomie podjęłam decyzję, że mam swoją jedną kotkę, czasem biorę awaryjnie jakiegoś kota na “tymczas” są to jednak bardzo rzadkie przypadki.

Jak znajdujesz te domy tymczasowe, czy są to ludzie, którzy sami się zgłaszają?

– W większości tak, jednak jest ich bardzo niewiele, zwykle jest tak, że nawet jeśli mamy ten dom tymczasowy, to upychamy w nim  po 9 do 11 kotów. Okres jesienno-zimowy, jest fajnym okresem na adopcję, bo te kociaki jakoś szybciej znajdują nowe domy. Dramatyczną sytuacją jest okres od czerwca, do września, gdzie wszyscy wyjeżdżający na wakacje, pozbywają się problemu i koty lądują na ulicy lub są oddawane do schroniska.

Powiedz mi, skąd bierzesz tą pasję i zaangażowanie, by cały czas dawać z siebie tyle ciepła i energii? 

– Czasami jak każdy, mam gorsze dni i gdy wracam z pracy, chciałabym to zostawić i nie otwierać komputera, ale po godzinie już mogę dalej robić swoje. Nakręcają mnie te dobre adopcje. kiedy widzę, że kot który początkowo naprawdę nie rokował pozytywnie, siedzi w nowym domu, na kanapie – wtedy czuję, że moja praca ma sens.

A co jest według Ciebie najtrudniejsze w Waszej pracy?

– Niezrozumienie ze strony ludzi, w stosunku do tego co robimy. Oprócz tego, że jesteśmy przeganiane, wyzywane, ciągle słyszymy, że zajmujemy się durnymi kotami, zamiast ludźmi, którzy czekają na pomoc. My już ustaliliśmy sobie swoją linię obrony, żeby nie dać się obrażać. W takich przypadkach odpowiadamy “My pomożemy dzisiaj 10 kotom, a Ty pomóż 10 dzieciom”. Wtedy dyskusja zwykle się urywa. Wybrałyśmy sobie taką ścieżkę, a nie inną. Jeśli ktoś czuje się na siłach, żeby pomagać dzieciom, to cudownie, ja się jednak nie czuję.

Z jakich środowisk spotykacie się z taką krytyką? Czy to są sąsiedzi, czy przypadkowi przechodnie?

– Moi sąsiedzi są bardzo życzliwi,. Z najdziwniejszą reakcją spotkałam się na ogródkach działkowych. Tam dokarmiamy koty, stawiamy budki i wtedy bardziej przychylny nam jest zarząd, niż działkowicze. Niektórzy grożą nawet, że nam te koty wytrują. Kolejnym przykładem są ludzie mieszkający w dużych blokowiskach, gdzie na osiedlu żyją kotki w piwnicach, zamykają im dostęp do ciepłych pomieszczeń, a zwierzęta nie mają gdzie się nocą ogrzać. Wiem, że jedno z Polskich miast postanowiło pozbyć się problemu przekocenia, nie chcę wiedzieć jak to przebiegało, ale bardzo ograniczyli populacje. W tej chwili to miasto zżerają szczury. Zawsze jak rozmawiamy z Urzędem Miasta, tłumaczymy, że koty w mieście być muszą, ale nie musi być ich tyle, żeby sobie nie dawały rady. Marzy mi się, żeby opiekunowie zwierząt wolnożyjących mieli “ochronę” i poparcie miast w tej trudnej i mozolnej pracy, którą wykonują każdego dnia, bez względu na odległość i warunki pogodowe.

Bardzo mi przykro, że nie spotykacie się z większym zrozumieniem.

– Powiem Ci, że czasem ludzie potrzebują impulsu. W zeszłym roku była taka akcja “Koci Deweloper”. Zbierałyśmy z przychodni styropianowe pudła, które są używane do transportu leków. Im to jest do niczego nie potrzebne, więc my postanowiliśmy, że będziemy odbierać od nich te styropianowe pudła we własnym zakresie, Wycinamy w nich dziury, wsadzamy do środk sienem i polarowymi kocami, tak by koty miały ciepłe schronienie przez całą zimę. W 2015 roku we Wrocławiu stanęło ich kilkaset na różnych osiedlach i cmentarzach. W tym roku akcja jest kontunuowana. Latem 2015 i 2016 roku zorganizowałam akcję “Woda życia dla zwierząt”. Pisałam posty na grupie na Facebooku, nawołujące do wystawienia miseczki  wody przed pracą, domem czy urzędem dla kotów, ptaków i jeży, które nie kupią sobie butelki wody w markecie. Kilkaset osób uczestniczyło w akcji  to już jest super wynik.Jak widać  nie wszyscy są obojętni.

Jak udaje Ci się łączyć życie prywatne, z zawodowym i jednocześnie niosąc pomoc kotom?

– Jest bardzo ciężko, ale pomaga mi to, że urodziłam się bardzo zorganizowana. Mój dzień wygląda zwykle tak, że gdy kończe pracę, wracam do domu, przebieram się w luźne ciuchy, daje buzi dziecku i robimy lekcje, nastawiam obiad i potem już pracuję przez facebooka, odpowiadając na maile, ogarniając bazarki i o dziwo nie jestem tym jeszcze zmęczona. Poza tym, mam bardzo wyrozumiałą, wspaniałą i wspierającą rodzinę,

Co różni Was od fundacji?

– Możliwość spojrzenia na świat z drugiej strony, a nie z perspektywy wolontariusza zrzeszonego, który jest zwykle ograniczony biurokracją lub pewnym modelem pracy fundacji, z góry ustalonym przez zarząd. Nas wyróżnia spontaniczność  i znajomość tematu od “kuchni”. Wiem z jakimi problemami borykają się karmiciele, jak i domy tymczasowe czy przyszłe rodziny, które planują adopcję. Jak na razie nie mam aż tylu podopiecznych, co pozwala nam działać dużo sprawniej . Staramy się wypracowywać kompromisy, co w Fundacjach jest zwykle bardzo trudne do osiągnięcia.

Jakie stawiacie warunki, aby przejść u Was procedurę adopcyjną?

– Ogłoszenia udostępniamy za pośrednictwem wszystkich darmowych środków komunikacji. Rodzina zwykle pisze maila, że chciałaby adoptować kotka, a my w pierwszym kontakcie odsyłamy ankietę adopcyjną. Te pytania pozwalają nam uzyskać całkiem wyraźny obraz przyszłego właściciela. Rozważając te ankiety podejmujemy decyzję o zgodzie na adopcję. Jeżeli ktoś taką ankietę odeśle, oddzwaniamy. rozmawiamy z rodziną i dopytujemy się o szczegóły, patrząc czy nie ma rozbieżności między tym, co wcześniej deklarowali. Potem umawiamy się na wizytę adopcyjną i sprawdzamy dom. Jeśli wszystko pójdzie dobrze, wówczas podpisujemy umowę i przywozimy kociaka. To zwykle są 4 kroki, w najlepszym wypadku można taki proces zamknąć w 2 tygodnie. Jak na razie mamy ogromną nadzieję, że nasza inicjatywa będzie się rozrastać i pozytywnie zarażać inne miasta. Nam bardzo zależy na tym, żeby pokazywać skalę naszego wspólnego działania. Pokazujemy, co się dzieje z tymi kotami, jak wyglądały jak je znaleźliśmy, jak i po leczeniu. Staramy się codziennie nakręcać tą maszynę i pomagać najlepiej jak potrafimy.

 


źródło zdjęć: grupa Koty z Kuźnik

Author: Ada Maksymiuk

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *