Wyrusz w drogę!

Internet śmieje się z Paula Coelho. Zarzuca mu się, że opowiada byle jakie historie, ubiera je w specyficzne słownictwo i posługuje się wieloma nic nie wnoszącymi, pseudofilozoficznymi aforyzmami. Przeczytałem tylko ”Alchemika” i choć mnie nie oczarował, bardzo subiektywne byłoby podpisywanie się pod tymi zarzutami. Ta książka na pewno przekazuje wielką prawdę – czasem trzeba wyruszyć w długą i trudną podróż, by zdobyć to, co cały czas było całkiem blisko.


Masz czasem uczucie zastoju? Popadnięcia w rutynę, często połączonego z brakiem mobilności (jazda tramwajem na uczelnię / do pracy lub też wieczorny spacer po parku się nie liczą). Wzrasta w tobie wtedy chęć wyjechania gdzieś, wyjazdu chociaż  w krótką podróż? Już zapewne wiesz, o czym mówię. To jest jak najbardziej ludzkie, tak stworzył nas Bóg – zastój, ciągłe siedzenie w jednym miejscu i powtarzanie tych samych czynności są dla nas na dłuższą metę zabójcze. Dlatego czasem tak bardzo ciągnie nas w świat. Dlatego od zawsze wielką popularnością cieszą się książki podróżnicze, filmy drogi i opowieści ludzi, którzy w różnych stronach świata bywali. Sam uwielbiam jeździć na rowerze i w 2010 roku wybrałem się razem z przyjacielem na ośmiodniową podróż na dwóch kółkach po Polsce. Przejechaliśmy ponad 1000 kilometrów, poszło nam bardzo sprawnie i przyznam szczerze, spodziewałem się w jej trakcie większych problemów. Ktoś powie: co to jest? Gdyby to było trzy, cztery razy tyle… Może to i prawda. Dla mnie jednak było to – i nadal jest! – naprawdę wielkie osiągnięcie, dzięki któremu uwierzyłem w siebie i swoje siły, a z tym miałem spore problemy. Uświadomiłem sobie wtedy, że warto mieć marzenia i być ambitnym, a wytrwałość pozwoli nam na wiele  Zwątpienie co prawda pojawia się i dziś – kto tego nie zna? – ale wtedy pierwszy raz tak świadomie zrozumiałem, że potrafię, że jestem w stanie dokonać czegoś, co może wydawać się (prawie) nieosiągalne.

Stare przysłowie mówi, że podróże kształcą. Zawsze rozumiałem to jako powiększanie wiedzy o świecie. Z wiekiem zrozumiałem, że chodzi o inny rodzaj kształcenia – poznawanie samego siebie i Boga, rozumienie swojego życia, powołania, pracę nad sobą. Czasem zastanawiam się, czy nie ma w tym jakiegoś przekleństwa. W końcu Adam i Ewa mieli według zamysłu Boga żyć w raju, ale zgrzeszyli, musieli go opuścić i poszukiwać nowego miejsca do życia. Stali się więc pierwszymi podróżnikami, poszukującymi siebie i utraconej relacji ze Stwórcą właśnie w trakcie podróży po świecie.

A co było później? Przykładów mamy setki. Abraham został wezwany do opuszczenia domu swojego ojca w Ur chaldejskim. Gdyby się na to nie zdecydował, nie zostałby pierwszym wielkim patriarchą i ojcem Narodu Wybranego. Mojżesz – po ucieczce z Egiptu na ziemie Madianitów spotkał Boga w krzewie ognistym, a później doprowadził do eksodusu Izraelitów z Egiptu. Oni sami ukształtowali się jako naród i ludzie wierzący właśnie w trakcie wielkiej, czterdziestoletniej podróży przez pustynię, którą – jak twierdzą bibliści czy geografowie – można było przejść raptem w kilka tygodni! Bóg prowadził ich przez nią tak długo, ponieważ dobrze wiedział, że muszą wejść do Ziemi Obiecanej jako odpowiednio ukształtowany lud i jak widać – Żydzi potrzebowali na to sporo czasu. On jednak wiedział, co robi. Wiedział również wtedy, gdy kazał prorokowi Jonaszowi wstać i iść do Niniwy, stolicy wielkiego imperium i głównego przeciwnika politycznego Izraela. Wszyscy zresztą znamy historię o ucieczce niechętnego Jonasza do Tarszisz, wielkiej rybie, nawróceniu Niniwy i tym, co stało się z krzewem, pod którym Jonasz leżał. Podobnie zresztą było z prorokiem Eliaszem, który uciekł na pustynię przed gniewem królowej i chciał umrzeć. Dwukrotnie trącał go anioł, dał do zjedzenia podpłomyk i wodę, po spożyciu których Eliasz mógł aż czterdzieści dni i nocy iść do góry Horeb, gdzie w powiewie łagodnego wiatru spotkał Boga. Z Jezusem nie było inaczej. Całe jego życie było drogą, szczególnie ostatnie trzy lata, w trakcie których podróżował po Ziemi Świętej, uzdrawiał chorych i opowiadał o Ojcu i Jego Królestwie. Święty Łukasz przedstawia swoją Ewangelię jako wielką podróż Jezusa do Jerozolimy, gdzie wszystko ma się wypełnić. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o podróży dwóch uczniów do Emaus, w trakcie której spotkali (na początku całkowicie nieświadomie) Jezusa.

W całym chrześcijańskim świecie wielką popularnością cieszyły się zawsze pielgrzymki. Czy to do Ziemi Świętej, czy do Rzymu, czy do Santiago – słynne Camino, które w ostatnich latach przeżywa prawdziwy renesans. W Polsce najbardziej obleganym i najsłynniejszym celem pielgrzymek jest oczywiście częstochowska Jasna Góra. Słyszałem kiedyś słowa pewnego kapłana, wyjaśniającego, dlaczego podróżowanie wiążące się z wysiłkiem fizycznym i trwające wiele dni, jest dla człowieka tak ważne. W czasie takiej drogi opadają z ludzkich twarzy maski. W pewnym momencie nie można już udawać, robić dobrej miny do złej gry, być kimś, kim się nie jest. Z człowieka wychodzi to, kim jest naprawdę, jakie ma skłonności, problemy, i dzięki tej świadomości – często także ze wsparciem towarzyszy podróży – może zacząć nad sobą pracować. Na szczęście, takie podróże to również pole do popisu dla naszej dobrej natury.

Do pewnego czasu nie rozumiałem sensu pielgrzymek. Jeszcze w liceum i na początku studiów bywałem na różnych jednodniowych, dokładniej nawet – jednonocnych pielgrzymkach . Jednonocnych? Tak. W mojej rodzinnej diecezji gliwickiej co roku we wrześniu młodzież pielgrzymuje z katedry w Gliwicach do sanktuarium maryjnego w Rudach Raciborskich właśnie w nocy z piątku na sobotę. Wybrałem się na taką pielgrzymkę kilka razy, choć zawsze żałowałem. Dlaczego? Po prostu dlatego, że jestem śpiochem i w nocy lubię się wyspać, a tam musiałem drałować na obolałych nogach, ciemną i zimną nocą czy też bladym świtem wśród pól i lasów. Dlaczego więc kilkukrotnie brałem w nich udział? Bo jakoś zawsze mnie ekscytowały, były swoistą atrakcją i ciekawostką dla młodych. Aż głupio się przyznać, ale zawsze na tę pielgrzymkę czekałem, w trakcie plułem sobie w brodę, że znowu idę i się męczę, i ostatecznie nic z tych pielgrzymek nie wyniosłem.

Przełom nastąpił dopiero dwa lata temu, gdy zachęcany przez różne osoby, postanowiłem pójść na pielgrzymkę dominikańską. Co prawda byłem kwatermistrzem i co drugi dzień szukałem dla pielgrzymów noclegów, mimo tego było dla mnie prawdziwie mordercze osiem dni. W wielkim upale, ze strasznie bolącymi nogami (na ostatnich kilometrach ledwie nimi powłóczyłem). Przez dwa dni miałem gorączkę (w początkach sierpnia!), a pięć ostatnich cierpiałem na straszny kaszel i wciąż faszerowałem się tabletkami. Jakby tego było mało, obiecywałem sobie po tej pielgrzymce bardzo wiele. Liczyłem na dobrą spowiedź, rozmowę z jakimś mądrym ojcem, który przemówi mi do rozsądku, miałem nadzieję na to, że poznam jakąś dobrą i piękną dziewczynę – w ogóle moją główną intencją, z jaką poszedłem, było znalezienie żony. Nic z tego się nie udało. Ze spowiedzi i rozmów zbyt wiele nie wyciągnąłem, z pielgrzymkowych konferencji nic nie zapamiętałem, minęły właśnie dwa lata, a ja nadal nie mam dziewczyny. Powiecie zapewne – no i na co ci to było? Myślisz, że to działa jak automat z coca colą? Ty Bogu pielgrzymkę, on ci od razu żonę? Prawdę mówiąc, to mnie teraz nie obchodzi i nie przeżywam już tak bardzo tego, że na razie Bóg nie wysłuchał mojej ówczesnej prośby. Poszedłem, by znaleźć żonę, ale dowiedziałem się wiele o Bogu, sobie i ludziach. Przede wszystkim zacząłem bardzo mocno dostrzegać to, że tak naprawdę jako ludzie wszyscy jedziemy na tym samym wózku i nie ma się co porównywać, zazdrościć – bez względu na pochodzenie, wykształcenie, majątek, stan zdrowia lub cywilny – i dobrze jest trzymać się razem, być dla siebie nawzajem dobrymi. Zrozumiałem, że w trudnych momentach grupa zawsze jakoś nam pomoże, podciągnie, a i my możemy dać jej coś dobrego, mimo wszystkich swoich ułomności czy problemów. Pierwszy raz zaświtała mi myśl, że Bóg może spełniać nasze prośby po czasie, najpierw przygotowując nas (czasem w dość bolesny sposób) do jak najlepszego przyjęcia tego, o co się modlimy. Może musiałem przeżyć z tak wielkimi trudami tę pielgrzymkę, by za kilka lat być naprawdę dobrym mężem?

Jestem świadomy tego, że może to brzmieć banalnie. Pamiętajmy jednak, że trudno jest zrozumieć takie rzeczy, kursując jedynie na linii dom-szkoła, dom-praca, dom-sklep, dom-duszpasterstwo, dom-niedzielna Msza. Siedząc w fotelu lub zamykając się w kółku wzajemnej adoracji, w które niestety mogą zamienić się nasze grupy przyjaciół, wspólnoty, duszpasterstwa, pewna ważna wiedza będzie przed nami zakryta, albo też potraktujemy ją jak nudny truizm. O ile nie wyruszymy w drogę, nie będziemy chcieli się rozruszać – często właśnie w tym wymiarze fizycznym – przestaniemy się rozwijać, nie poznamy tak naprawdę siebie, drugiego człowieka, Boga i świata, który dla nas stworzył. I często w takich wypadkach okaże się, że tak naprawdę mieliśmy ciągle te prawdy i mądrości pod nosem, ale byliśmy tak zastani, że nie mogliśmy ich dostrzec.

 

 

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *