Tyle doskonałych dróg

Obiegowa opinia głosi, iż są trzy rzeczy, których nie wie papież: ile jest żeńskich zgromadzeń zakonnych, gdzie się podziało franciszkańskie ubóstwo oraz jezuickie posłuszeństwo papieżowi. Nie wiedzą tego również wierni świeccy, którzy dodatkowo zastanawiają się nad jeszcze jedną kwestią. Po co w Kościele są różne zakony?


Różnorakich zgromadzeń, zakonów, rodzin zakonnych (itd., itp.) jest dziś multum. Rodzi się pytanie, po co taka różnorodność. Złośliwi klerycy na wykładach z historii Kościoła żartuję, że po 150 latach funkcjonowania danego zgromadzenia, jego charyzmat się „wypala” i albo przychodzi reformator (vel odnowiciel), albo zakon ulega kasacie. Jakkolwiek ironiczne to tłumaczenie, faktem jest że w ciągu wieków pojawiały się coraz to nowe wspólnoty, wnoszące do wspólnoty Kościoła jakieś zaniedbane przezeń aspekty.

Sięgając do początków zjawiska można stwierdzić, iż swego rodzaju zakony stanowiły już wspólnoty pierwszych chrześcijan. Opisany w Dziejach Apostolskich ich przykład, jakkolwiek wyidealizowany, do dziś stanowi inspirację dla wszelkich ruchów, zgromadzeń i instytutów życia konsekrowanego. Opisane przez św. Łukasza elementy życia wspólnoty chrześcijańskiej – wierność nauce apostołów, wspólna modlitwa i Eucharystia, wspólnota dóbr, praktykowanie uczynków miłosierdzia, dzielenie życia ze sobą i uwielbienie Boga

Z kolejnymi latami chrześcijan jest coraz więcej. Powoli zatraca się przymiot „inności”, oderwania od świata. A dla gorliwych wyznawców Chrystusa „inność” to cecha fundamentalna. Pierwotne znaczenie terminu „święty” to właśnie „inny”. A i w pismach Nowego Testamentu nie brak zaleceń, żeby wyróżniać się spośród tych, którzy żyją na świecie, aby być „innym”.

Gdy więc bycie chrześcijaninem powoli staje się normą społeczną – od początku IV wieku nawet cesarze rzymscy są, z jednym wyjątkiem, chrześcijanami, a pod koniec tego stulecia jest to oficjalna religia państwowa – w szczególnie gorliwych wyznawcach rodzi się potrzeba „czegoś więcej”. Nie mogąc już liczyć na śmierć męczeńską (jakkolwiek to brzmi), która wcześniej stanowił oczywisty dowód ich wiary oraz był momentem narodzin dla nieba, ktoś w końcu wpada na pomysł, by zostać „białym męczennikiem”. Wychodzi na pustynię.

Pierwszym pustelnikiem chrześcijańskim miał być Paweł z Teb. Miał być, ponieważ jest to postać legendarna, nie potwierdzona źródłowo. Dlatego za ojca ruchu monastycznego przyjmuje się św. Antoniego. Żył on w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Po śmierci bogatych rodziców rozdał rodzinny majątek ubogim, a sam rozpoczął ascetyczne życie na pustyni. Mieszkał między innymi w starożytnym grobowcu i w opuszczonej twierdzy. Wszędzie jednak podążali za nim ludzie, pragnący naśladować jego styl życia. W końcu Antonii postanowił przyjąć uczniów, tworząc pierwszą wspólnotę anachoretów.  

Anachoreci nie są mnichami w dzisiejszym rozumieniu. To pustelnicy, którzy z reguły żyją w odosobnieniu. Skupieni wokół św. Antoniego pustelnicy stanowili wspólnotę o tyle, że mieszkali w niedalekiej odległości i prowadzili podobne życie. Reguła utworzona przez ich mistrza zakładał życie w samotności. Jednak koncentracja chcących się umartwiać wokół wybitnego pustelnika zwiastowała nowy trend w życiu duchowym.

Z coraz większej organizacji ławr zrodziły się wspólnoty cenobitalne. Jednym z twórców takich wspólnot był Pachomiusz, egipski mnich i święty Kościoła Prawosławnego. Żyjący w następnym po św. Antonim pokoleniu, korzystał z doświadczeń quasi-wspólnot anachoretów oraz z doświadczenia wyniesionego z armii rzymskiej, do której należał przed nawróceniem. Wspólnota założona przez Pachomiusza liczyła pod koniec jego życia 9 zakonów liczących łącznie kilka tysięcy cenobitów. Stworzył on pierwszą, spisaną regułę zakonną, która porządkowała codzienne życie mnicha. Podstawą było ujednolicenie ubioru, żywienia i stylu życia. Reguła zalecała także praktykowanie czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Praktyki ascetyczne stawiała na równi ze wspólną pracą i studiowaniem Pisma Świętego. Cała reguła stroniła stroniła od przesady.

Była to jakościowa nowość. Pierwsi mnisi-anachoreci odbiegali daleko od dzisiejszego wyobrażenia zakonnika. Formacja intelektualna zasadniczo nie funkcjonowała. Znajomość Słowa Bożego była więc różna. Ogromnym wzięciem cieszyły się za to różnorodne praktyki, służące umartwieniu i pokorze. Wszystko w radykalnie fanatycznym wydaniu. Pojawiali się więc tacy, którzy decydowali się żyć jak psy – dosłownie. Chodzili na czworaka, szczekali zamiast mówić i jedli odpadki. Inni z kolei jako formę umartwienia wybierali stanie jak słup od Bożego Narodzenia do Wielkanocy. Natychmiast znaleźli się tacy, którzy woleli stać od Wielkanocy do Bożego Narodzenia – bo to dłużej. Fanatyzm tych „mnichów” był tak wielki, że zaczęli się ich obawiać zarówno zwykli chrześcijanie, jak i biskupi.

Tłumaczy to, dlaczego w Pachomiusz w swojej regule tak wielki nacisk kładzie na posłuszeństwo, co z czasem staje się główną cechą życia monastycznego. Reguła Pachomiusza stała się podstawą monastycyzmu na wschodzie (bazylianie), jak i na zachodzie Europy  (benedyktyni). Spoglądając na zjawisko z długiej perspektywy, możemy zauważyć, że zakony służą skanalizowaniu energii religijnej, rozpierającej społeczeństwo w którym zaczynała wzrastać pobożność. Nierozładowane napięcie stawało się motorem herezji i schizm. Powstanie zakonu o określonym charyzmacie to więc swego rodzaju odpowiedź Kościoła na znaki czasu.

Po ustaniu prześladowań potrzeba było rozładowania dla pragnących „wykazać się” męczeństwem. Od VI wieku w zachodniej Europie, która po upadku cesarstwa tkwi w anarchii, wspólnoty benedyktyńskie stają się azylami ładu i uporządkowania. Cystersi z kolei stają się podporą misji chrystianizacyjnych, z zapałem cywilizując „zdobyczami techniki” pogańskie dotąd puszcze (np. nad Wisłą). Zakony żebracze – dominikanie i franciszkanie – w wśród coraz bardziej bogacących się miast Europy przypominali, że majątek do zbawienia przyda się tylko wtedy, gdy się go rozda ubogim. Gdy zaś Europą wstrząsa prąd reformacji, podważający prymat (wówczas zgniłego moralnie) biskupa Rzymu i odrzucając Tradycję, św. Ignacy powołuje jezuitów, którzy przysięgają wbrew własnym oczom białe nazywać czarnym, jeśli tylko taka jest opinia papieża.

Różnorodność charyzmatów wspólnot zgromadzeń jest więc odpowiedzią na wyzwania, jakie świat stawia Kościołowi. Wyzwania te w Ewangelii Jezus nazywał znakami czasu, karząc swym uczniom je odczytywać. Sprostanie jakiemuś wyzwaniu (np. potrzebie ascezy) w dalszej perspektywie powoduje, że wspólnota taka przestaje być potrzebna. Śmiałe, idealistyczne twierdzenie. Duchowy potencjał wypracowany w zmaganiu ze światem nigdy Kościołowi nie przestanie być potrzebny. Coraz to nowe wyzwania stają się nieraz okazją do tego, by się przeformatować. Stąd na przykład zdarza się dziś powszechnie karmelitom (zakonowi klauzurowemu) prowadzić parafię.

Powołanie zakonne to droga, którą Pan przygotował dla chcących przeżyć chrześcijaństwo w wersji „Może coś Więcej”. Mimo dowartościowania roli laikatu na ostatnim soborze, która przez wieki była marginalizowana, także i dziś Kościół twierdzi, że powołanie zakonne to droga „doskonalsza”.

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *